Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Miara sukcesu

O rybach z Ukajali, peruwiańskiej pandemii, colonos i nativos opowiada tarnowski misjonarz z Peru ks. Kasper Bernasiewicz.

Grzegorz Brożek: O czym śpiewają ryby w Ukajali?

Ks. Kasper Bernasiewicz: Śpiewają o miłości, tęsknocie za spokojnym życiem w harmonii z przyrodą i Bogiem jakkolwiek rozumianym czy pojmowanym. Śpiewają o braterstwie i zgodzie, żeby można spokojnie usiąść przy posiłku przy ogniu i cieszyć się sobą, odpoczywając po trudach pracy, wsłuchując się w śpiew dżungli po zmroku.

Słyszał to Ksiądz na własne uszy?

Można tak powiedzieć. Ukajali, znana z powieści Arkadego Fiedlera, to rzeka, która płynie na terenie naszego wikariatu San Ramon. Od nas w linii prostej jest 100 km, ale dojechać do Atalaya – miejscowości nad Ukajali, gdzie jest uniwersytet dla Indian, założony z inicjatywy naszego biskupa Bukovca, to już jest 10–12 godzin samochodem i lepiej, żeby się pojazd nie zepsuł.

Niebezpiecznie?

Indianie mają przesądy. Popatrzysz w oczy, to wykradniesz duszę. Zdjęcia nie zrobisz z tego samego powodu. Między sobą mówią, że biali porywają Indian na narządy. W związku z tym się bronią. Tak jest w tamtej dolinie Ukajali. W dolinie naszej rzeki, która nazywa się Palcazu, jest inaczej, bezpiecznie. A ryby w obu rzekach podobne.

Jak radzicie sobie w czasie pandemii?

Kraj jest zamknięty. Wojsko i policja pilnują wjazdów do miejscowości. Oficjalnie obowiązuje też zakaz kultu. Oczywiście w wiosce rzeczywistość jest trochę inna, bo rządzi miejscowy porucznik. W kontaktach z wiernymi mamy możliwość korzystania z gminnego radia. Ksiądz Antoni Lichoń, z którym pracuję, bądź ja transmitowaliśmy przez radio Msze św. albo chodziliśmy do radia i robiliśmy audycję, np. rozważanie słowa Bożego. Często angażujemy do radia świeckich. Kiedy dogadaliśmy się z wojskiem, które stacjonuje w parafii, i pojawiły się pozwolenia, to zaczęliśmy jeździć z pomocą, głównie żywnościową, do naszych wiosek. W procesji na Boże Ciało jechaliśmy z Panem Jezusem po wiosce w obstawie wojska. Mamy na terenie naszej parafii Iscozacin, pokrywającym się z terenem gminy, inne wyznania, sekty, które jednak w obliczu zagrożenia schowały się. A ludzie to zauważyli i cenią sobie to, że jesteśmy z nimi.

Jeździcie z pomocą żywnościową, to znaczy że jest tak biednie?

Są różni ludzie. Są colonos, potomkowie emigrantów z Tyrolu, sprzed sześciu, siedmiu pokoleń. Oni karczują dżunglę, zakładają rancza, hodują krowy. Są też nativos, miejscowi, ze swoją mentalnością, ochotą życia z dnia na dzień, bez myślenia o tym, co będzie za miesiąc czy rok. Oni żyją biednie, choć nasza wiecznie zielona dolina jest w dżungli i wszystko samo rośnie. Jutro będzie jutro. Maniana. Jutro. Nativos żyją biedniej.

A duchowo? Religijnie?

Gdyby zapytać mieszkańców gminy Iscozacin, których jest około 8 tys., kto jest katolikiem, to zgłosiliby się prawie wszyscy. Ludzie ochrzczeni nazwą się nawet „wielkimi katolikami”. Dla nich to trochę coś zewnętrznego: zrobić znak krzyża, palcami wskazującymi pokazać niebo i Boga. To wiara, która najchętniej manifestuje się w procesjach i fiestach. W naszej dolinie mamy wiele miejscowości „świętych”: Santa Rosa, Santo Domingo, Santa Teresa, ale ludzie nie zdają sobie za bardzo sprawy, że te nazwy są od imion świętych.

Trudno im od startu, którym są pierwsze sakramenty wtajemniczenia, zrobić krok dalej, na głębię?

Oni są otwarci, życzliwi, serdeczni. Kłopoty rodzi wielość religii, mieszanie się wyznań w ramach jednej religii, szczególnie, że jest to nieugruntowane. Może być, że dziecko jest ochrzczonym katolikiem, ojciec ewangelikiem, a matka u adwentystów. My przyciągamy dzieci, bo mamy szkołę, lepszą poziomem od publicznej, i dlatego dzieci chętnie do niej przychodzą. U nas od 16. roku życia dzieci mogą same decydować za siebie o religii, więc zdarza się, że jako pierwsze w rodzinie przyjmują chrzest, bierzmowanie i Eucharystię. Bywa, że potem są świadkami na bierzmowaniu swoich rodziców. Naszym zadaniem jest być z tymi ludźmi, służyć im, ewangelizować. I to już jest dużo. Bo dzięki temu, że jest się na miejscu, jest z nimi, oni są z nami, przychodzą na nabożeństwa, na Mszę św. I trzeba mieć czas dla nich. Nasza parafia ma niecałe 20 lat. Wcześniej dopływali tu księża trochę nieregularnie. Kiedyś na niedzielną Mszę św. przychodziło 40 osób, dziś przychodzi 120. To jest miara naszej pracy, naszego, że tak powiem, sukcesu. Skoro my jesteśmy teraz tutaj, to kiedyś być może stąd będzie można pójść dalej. Krok po kroku. „Idźcie na cały świat”.• grzegorz.brozek@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama