Nowy numer 3/2021 Archiwum

Dał wszystko, czym był

O ofiarnej miłości Chrystusa, duchowej „jałowości”, liturgicznej „bylejakości” i leku na głód Eucharystii mówi ks. Roman Stafin.

Beata Malec-Suwara: Czy w nawiązaniu do adwentowego oczekiwania możemy powiedzieć, że Bóg rodzi się na ołtarzu?

ks. Roman Stafin: Tak – Bóg rodzi się na ołtarzu z miłości do nas. Pięknie i prosto mówią o tym słowa św. Bonawentury, największego teologa franciszkańskiego, które siostry klaryski kilka lat temu umieściły w tle szopki bożonarodzeniowej w kościele klasztornym w Starym Sączu: „Nie obdarował Bóg duszy słowem, lecz Osobą, nie posłał sługi, lecz Syna, z Nim zaś dał wszystko, czym był, wszystko, co miał, wszystko, co mógł: Czy mogła pójść dalej miłość?”. Boskie serce Jezusa jest nieustannie przepełnione Jego ofiarną miłością,

Jego pragnieniem dawania się człowiekowi; On pragnie obdarzać nas nieustannie łaskami, spływającymi na nas z Jego ofiary krzyżowej. Aby mógł to czynić, ustanawia Mszę św. To On sam mówi przez kapłana: „To jest Ciało moje... To jest kielich Krwi mojej....”, co w języku hebrajskim znaczy także: „To jestem Ja sam, Ja sam jestem tutaj, Ja pragnę was obdarzyć łaską zbawienia”. Tak więc we Mszy św. jest obecny Chrystus w swojej ofiarnej miłości.

W książce „Kościele, wypłyń na głębię” powołuje się Ksiądz na termin dominikańskiego liturgisty o. T. Kwietnia „błogosławione marnowanie”, odnosząc go do nadużyć liturgicznych. Czy taka była intencja autora tego określenia?

Właśnie nie. On pisze o tym, że warto „zmarnować” – tak po ludzku sądząc – czas i siły, aby wzmocnić swoją wiarę, aby głębiej uczestniczyć we Mszy św. Takie marnowanie można nazwać błogosławionym. Ja natomiast na zasadzie antytezy mówię o marnowaniu tego, co błogosławione, czyli tego, co dokonuje się w Eucharystii. Chodzi mi o sposób sprawowania Mszy św. Duchowa „jałowość”, liturgiczna „bylejakość” – te określenia słyszy się na Zachodzie w rozmowach liturgistów, ale i też wiernych zatroskanych o rolę Kościoła we współczesnym świecie. Te określenia padają także pod adresem Kościoła w Polsce, czyli przede wszystkim odnoszą się one do kapłanów, których istotnym zadaniem jest przecież sprawowanie liturgii. Nie marnuje tego, co we Mszy św. jest błogosławione, kapłan, który każdorazowo przygotowuje się do niej, a nie odprawia jej „z marszu”; który „nosi w sobie” niedzielne kazanie już od poniedziałku; który podczas celebry nie spieszy się i respektuje chwile ciszy przewidziane w mszalnej liturgii; który po przyjęciu i udzieleniu Komunii św. siada na swoim miejscu i adoruje w milczeniu Jezusa Chrystusa w swoim sercu, umożliwiając to samo wiernym. Tak pielęgnowana ars celebrandi wydobywa właśnie to, co święte i błogosławione w liturgii.

Pomijając obostrzenia z powodu pandemii, w kościele jest nas coraz mniej, zwłaszcza ludzi młodych. Co zrobić, aby człowiek zapragnął spotkania z Chrystusem w Eucharystii?

Jeśli brak jest głębokiej wiary w to, że Syn Boży stał się człowiekiem, że umarł na krzyżu, aby nas zbawić, że rodzi się na ołtarzu, aby być naszą mocą, to nie będzie też pragnienia, aby spotkać się z Nim we Mszy św. Kilka tygodni temu podczas rekolekcji, które prowadziłem dla kapłanów, rozmawialiśmy wiele o duchowym i moralnym spustoszeniu, jakie dokonuje się w rodzinach po wpływem liberalnych ideologii. Szukaliśmy sposobów zatrzymania tego procesu. Dominującym było nasze przekonanie, że nową ewangelizację Kościoła, o której tak wiele się mówi (i w której niestety niewiele się dzieje) należy rozpocząć od pierwszego sakramentu, czyli od chrztu św. Chodzi o formację rodziców przygotowujących się do chrztu dziecka. W wielu parafiach jest ona prowadzona w ograniczonym zakresie. Kiedy zaczyna się katolicka rodzina? Gdy ojciec i matka klękają przy łóżeczku nowo narodzonego dziecka i dziękują Bogu za ten skarb. I taką modlitwę pielęgnują przez całe życie. Bez niej następne pokolenie nie tylko nie pojawi się w kościele, ale nie będzie już wierzyć w Boga. Do modlitwy w rodzinie trzeba rodziców przygotować przez spotkania formacyjne i rozmowy na temat wiary, modlitwy, Mszy św., Kościoła. Do tych, którzy nie mogą wziąć udziału w spotkaniach, udają się odpowiednio przygotowani katechiści. Oni sami potwierdzają, że rozmowy w domach są ubogacające. Taki – sprawdzony już – sposób przygotowania rodziców do chrztu dziecka jest praktykowany w wielu parafiach diecezji poznańskiej. Ufam, że taki program formacji rodziców przed chrztem dziecka będzie też owocem V Synodu naszej diecezji.

beata.suwara@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama