Nowy numer 8/2021 Archiwum

Idźcie do Józefa!

Co miesiąc nasi Czytelnicy będą mogli spotkać się ze świadkami Opiekuna Jezusa, poznać miejsca w diecezji z nim związane, a także dowiedzieć się, jak Józefowa duchowość promieniuje na wspólnoty i grupy, które mają go za patrona i wzór.

W kościele akademickim pw. św. Józefa w Tarnowie od lat 19. dnia każdego miesiąca odprawiane są Msze św. wotywne o Opiekunie Pana Jezusa i patronie Kościoła. – W tym roku są one wyjątkowe z tej racji, że papież Franciszek ogłosił rok 2021 Rokiem św. Józefa – mówi ks. dr Piotr Cebula, dyrektor Wydziału Duszpasterstwa Małżeństw i Rodzin, który razem z Duszpasterstwem Akademickim „Tratwa”, Duszpasterstwem Kobiet Diecezji Tarnowskiej, Projektem Róża i tarnowską wspólnotą Męskiej Strony Rzeczywistości zaprasza na comiesięczne spotkania formacyjne do kościoła akademickiego w Tarnowie przy ul. Dwernickiego 1. – Nie wszyscy będą mogli osobiście na nie przyjść, dlatego przygotowujemy materiały, które będzie można znaleźć w sieci – dodaje ks. Cebula. To konferencje tematyczne, w których będą rozważane kolejne fragmenty listu papieża Franciszka „Patris corde”, a także świadectwa osób, które opowiedzą o miejscu św. Józefa w ich życiu. Świadectwa zostały sfilmowane przez młodzieżową telewizję Synaj.tv, a „Gość Tarnowski” włączył się w tę inicjatywę.

Kiedy mijają lata tłuste

Tematem pierwszej konferencji było wezwanie, które często towarzyszyło katolikom „Ite ad Joseph!” (łac. Idźcie do Józefa!). Pierwotnie odnosiło się ono do biblijnej historii Józefa, syna Jakuba. Kiedy na świecie zapanował głód, bracia Józefa, którzy wcześniej sprzedali go w niewolę do Egiptu, udali się po pomoc do faraona. Ten odesłał ich do Józefa, który rozdzielał żywność głodującym. – Czas pandemii uświadomił nam, że symbolicznie po biblijnych latach dostatku, sytości, przeszliśmy do okresu, kiedy odczuwamy głód wielu rzeczy, które wcześniej były na wyciągnięcie ręki: normalnych spotkań z przyjaciółmi, relacji, oddychania świeżym powietrzem bez maseczki, rozmowy z drugim człowiekiem bez odsuwania się od niego. Tym bardziej doceniamy to, co chwilowo utraciliśmy – mówi ks. dr Piotr Cebula.

Opanować głód

Głód symbolicznie może jednak oznaczać każde pragnienie czegoś lub kogoś, pożądanie posiadania pewnych cech, predyspozycji, walorów, zdolności. – Ogólnie to ujmując, może wyrażać świadomość, że czegoś mi brakuje i jednocześnie instynktowne pragnienie tego. Taki nieokiełznany głód może być zwykłym pożądaniem, dominacją, chorobliwym gromadzeniem majątku. Staje się on wtedy obumieraniem duchowym, ponieważ takiego głodu nic nie jest w stanie zaspokoić. Natomiast głód uświadomiony, opanowany, może być wielką szansą rozwoju, działania, które skłania do szukania racjonalnego i uporządkowanego zaspokojenia go – tłumaczy ks. Cebula.

Niech słońce nie zachodzi

Takim głodem może być głód prawdziwej, zdrowej rodziny w narzeczeństwie, kiedy przeżywa się je jako czas głębszego wzajemnego poznania i oczyszczenia ze złych przyzwyczajeń, które mogą negatywnie wpływać na przyszłe życie małżeńskie i rodzinne. Istnieje też pozytywny głód pięknej relacji małżeńskiej, której zaprzeczeniem są ciche dni lub, jak pisze papież Franciszek, „zimna wojna” w małżeństwie. – Ciche dni są zamknięciem na siebie, brakiem dialogu, chęci wyjaśnienia. Przedłużająca się „zimna wojna” może tak wyziębić relacje, że żar miłości wzajemnej drastycznie stygnie lub czasami zupełnie wygasa. Dlatego, jak często powtarza papież Franciszek, nie jest problemem fakt, że w ciągu dnia „latają talerze”, lecz że małżonkowie kończą dzień niepogodzeni. Kryzys małżeński, w którym ujawnia się wielki głód relacji, chęci bycia blisko siebie bez złości, oskarżeń, nienawiści, może być wielką szansą, aby „przekuć miecze na lemiesze”, czyli z tego, co niszczy, uczynić coś, co buduje. Głód pięknej relacji małżeńskiej przeżywany w kryzysie małżeńskim może związek jeszcze bardziej umocnić, jeżeli tylko poważnie potraktuje się słowa: „Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce” – mówi ks. Cebula. Cała konferencja na profilu FB DA Tratwa

Józefowe miejsca: Luszowice

Do najbardziej prężnych ośrodków kultu św. Józefa należy kościół parafialny w Luszowicach. Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny czczony jest tutaj od 1687 roku. W ołtarzu bocznym po prawej stronie kościoła znajduje się obraz przedstawiający Świętą Rodzinę ze św. Janem Chrzcicielem. „Pochodzi z I połowy XVII wieku. Przywędrował w te strony z Pilzna. Tam właściciele Luszowic – Tarłowie z ojca na syna piastowali urząd starostów. Utrzymywali kontakty z augustianami, którzy byli wielkimi czcicielami świętego Józefa. Zakonnicy pełnili nawet obowiązki kapelanów na luszowickim dworze. Obraz, otaczany kultem i słynący łaskami, przedstawia Świętą Rodzinę na tle pejzażu i monumentalnej architektury. Maryja, lekko pochylona, podtrzymuje Jezusa, który siedzi na baranku. Mały Jan Chrzciciel karmi baranka kiścią trawy i kwiatów. Wszystkiemu przygląda się, oparty o stół, na którym leży otwarta księga, św. Józef” – pisze w luszowickim przewodniku Maria Nowak. Przed tym obrazem abp Jerzy Ablewicz w 1986 roku, a w 2018 bp Andrzej Jeż zawierzyli diecezję tarnowską opiece św. Józefa. Od 1714 roku wizerunkiem opiekowało się Bractwo św. Józefa, które zostało ponownie utworzone w związku z jubileuszem 100. rocznicy konsekracji obecnego kościoła. – Bractwo ma swój statut, kapitułę, stroje (brązowo-karminowe peleryny i medale). Członkowie Bractwa oddają cześć cieśli z Nazaretu poprzez uczestnictwo w Eucharystii wotywnej o św. Józefie oraz specjalnych nabożeństwach. Troszczą się o kościół, modlą się za emigrantów i rodziny przebywające poza krajem, osoby samotne, chore i konające. Wspierają powołania kapłańskie i zakonne. Opiekują się także księgą łask i cudów otrzymanych za wstawiennictwem św. Józefa oraz księgą wotywną – notuje M. Nowak. – Czcicieli św. Józefa zapraszamy w każdy piątek na nowennę, zaś w trzecie piątki miesiąca na nabożeństwo Drogi św. Józefa – mówi ks. prał. Bogdan Kwiecień, proboszcz luszowickiej parafii. Główne uroczystości odpustowe odbywają się 19 marca. W tym dniu do Luszowic pielgrzymują mężczyźni z diecezji tarnowskiej.

Mój tato był do niego podobny

Jerzy Talar mąż, ojciec, zaangażowany w Domowy Kościół – Ze św. Józefem spotkałem się poniekąd na drodze teologicznej, kiedy pisałem pracę magisterską na Ignatianum na temat „Mężczyzna w nauczaniu Jana Pawła II”. Moją lekturą była m.in. adhortacja „Redemptoris custos”, w której Ojciec Święty wieloaspektowo ukazuje św. Józefa, jego rolę w życiu Świętej Rodziny i Kościoła. Wcześniej była oczywiście lektura książki „Cień Ojca” Jana Dobraczyńskiego. Wrażenie w tych tekstach wywarło na mnie to, że Pismo Święte nie zanotowało ani jednego słowa św. Józefa, a mimo to jest on stawiany jako wzór mężczyzny, ojca, człowieka wiary. Dla mnie św. Józef jest najpierw wzorem mężczyzny, który najbardziej okazuje swoją siłę, kiedy klęczy przed Bogiem. Fakt, że najpierw widzę w św. Józefie przykład silnego, odważnego faceta, nie kłóci się z jego rozmodleniem. Oczywiście nie mam na myśli jakiejś cukierkowatej dewocji, bo przecież nie znajdujemy w Piśmie Świętym obrazów modlącego się Józefa, ale to, że był on człowiekiem modlitwy, jest dla mnie oczywiste. Nawet sny potrafił odczytywać jako Boże wezwania. Po drugie św. Józef uczył mnie, jako mężczyznę, przyjmować życie moich dzieci. On zatroszczył się o Maryję i Jezusa. Był odpowiedzialny, opiekuńczy. Dla mnie jest w tej roli wzorem męża i ojca, który siłę zdobytą na modlitwie przekuwa potem w odwagę miłości, troski, ochrony swojej rodziny, żony, dzieci. Pośrednio do takiego odkrywania św. Józefa w moim życiu prowadził mnie mój śp. tato. Nie dosyć, że pracował zawodowo, to jeszcze w tym czasie prowadził gospodarstwo rolne. Ja go ciągle widziałem przy pracy, ale też przy modlitwie, bo w domu ona zawsze była, zwłaszcza różańcowa. Wiem również, że miał nabożeństwo do św. Józefa. Sądzę, że ojciec kształtował siebie pod wpływem pobożności maryjnej i czci do opiekuna Świętej Rodziny. Tato był bardzo cichy, nie okazywał swoich uczuć na zewnątrz, ale poprzez pracę, troskę o dom okazywał miłość mamie i sześciorgu dzieciom. Jak św. Józef – nie mówił, że kocha, ale kochał poprzez to, co robił. Kiedy w ciężkim stanie trafił do szpitala, zastanawialiśmy się, czy zdążył zabrać ze sobą różaniec. Udało mi się wejść na salę, gdzie leżał. Nie miał go oczywiście, więc mu dałem. Kiedy później pielęgniarka przyszła, by zmienić kroplówkę, okazało się, że ojciec cały czas modlił się na przyniesionym mu różańcu. I jeszcze jeden obrazek z jego życia… Chorował na nowotwór. Kiedyś odwiedziliśmy go w domu rodzinnym. Nie mógł klęczeć ani stać. Siedział sobie i odmawiał Litanię do Serca Pana Jezusa, które bardzo czcił. Kiedy zakończył, zaczął całować kartkę z litanijnymi wezwaniami, jakby chciał uszanować w każdym z nich Jezusa. Było to bardzo wzruszające. Kiedy myślę o św. Józefie w moim życiu, to widzę go najpierw przez pryzmat życia taty, który miał dużo cech opiekuna Świętej Rodziny. Prostota w modlitwie i siła pod kontrolą miłości.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama