Nowy numer 15/2021 Archiwum

„Zabawa” w misje

Jako wolontariusz spędził rok w Boliwii. – Teraz, jeśli chcą zniechęcić kogoś do wyjazdu, przysyłają go na rozmowę ze mną – śmieje się.

Konrad Bochenek ma dziś 29 lat. W Tarnowie się urodził, tu chodził do szkoły. – Miałem wtedy kontakt na katechezie z tarnowskimi filipinami, zaangażowałem się trochę w życie wspólnot, Oratorium Młodzieżowe, scholę – wspomina. Żył sprawami Kościoła, był aktywny. Skończył szkołę i podjął pracę w zawodzie. – Miałem dużo czasu dla siebie i pomyślałem, że dobrze byłoby się przydać ludziom. Od razu do głowy przyszła mi Afryka jako kontynent, gdzie wszelka pomoc może być pożądana – mówi. Zaczął rozglądać się za środowiskiem, wspólnotą, dzięki której mógłby zrealizować plan.

Znalazł Salezjański Wolontariat Misyjny „Młodzi światu” (swm.pl) w Krakowie. Konrad przyznaje, że spodobały mu się dwie rzeczy. Pierwsza to salezjański charyzmat pracy z młodzieżą. Drugi to warunki wyjazdu. – Żeby jechać, trzeba najpierw przez rok odbywać spotkania, formację, a także udzielać się w wolontariacie. Przeprowadziłem się do Krakowa, żeby uczestniczyć w cotygodniowych spotkaniach. Jeździliśmy na niedziele misyjne, animacje. Po roku złożyłem wniosek o wyjazd – mówi. W lutym 2019 roku przyszła odpowiedź, że wszyscy, którzy zgłosili chęć wyjazdu na rok, udadzą się do Ameryki Południowej.

Wszystkim dla wielu

– Chciałem do Afryki, wybrali dla mnie coś innego. W Kami w Boliwii mogłem się podobno przydać jako mechanik. Poleciałem latem. W Warszawie żar lał się z nieba. Kiedy dotarłem do Cochabamby, było ledwie 5 stopni. Cztery i pół godziny jazdy autobusem, z czego połowa po szutrowej drodze z przepaściami, dzieliło mnie od Kami. Tam już na wysokości 3800 metrów n.p.m. temperatura była poniżej zera. Wysokość i ciśnienie nie sprawiły mi kłopotu. Problemem okazały się warunki życia. Zero ciepłej wody w kranie, ziąb, zero ogrzewania. Przez pierwszy tydzień myślałem, jak by tu wrócić do Polski – opowiada Konrad. Sam siebie przekonał, że się przyzwyczai. I tak zrobił. Kami jest miasteczkiem górniczym. Jakieś 50 lat temu przyjechali tu dwaj włoscy salezjanie. Zaczynali od zera. Dziś mają kościół, kaplice w sąsiednich miejscowościach, Radio don Bosco, budynki parafialne. Wybudowali internat dla chłopaków z pobliskich wiosek, kilkudziesięciu mieszka w nim i chodzi do szkoły w miasteczku. Wznieśli szpital. – Wybudowali szkołę techniczną, weekendową. Kształci w kierunkach, które odpowiadają warsztatom będącym w parafii, a warsztaty są następujące: stolarski, mechaniki samochodowej, mechaniki przemysłowej, gdzie ja pracowałem, i masarnia. Parafia zatrudnia na etacie prawie 30 osób. Posiada kilkanaście samochodów, ma swoją stację benzynową. A prawdziwy hit to parafialna elektrownia wodna. Budują trzecią, która ze sprzedaży prądu do sieci zapracuje na wszelkie wydatki misji. Dzięki temu parafia dla wielu ludzi z Kami i okolic jest wszystkim – opowiada tarnowski misjonarz.

Pan Bóg płaci

Przyznaje, że pracując w warsztacie, był zaskoczony poziomem praktycznej wiedzy i umiejętności Boliwijczyków. – Szczerze mówiąc, czasem przy nich byłem głupi. Z pewnością beze mnie by sobie tam poradzili. Gdyby tylko po to miał być mój wyjazd, większego sensu by nie miał, choć oczywiście trochę pomogłem. Sens jest w czymś innym. W tym, że będąc w dalekiej Boliwii, dajemy ludziom na miejscu odczuć, że jako wierzący jesteśmy częścią Kościoła powszechnego, że jesteśmy dziećmi jednego Boga. Wreszcie – że Bóg jest tym, który nas tu przyprowadził. Zarówno włoskich salezjanów, jak i białych wolontariuszy. Na warsztacie pytali mnie, po co tu przyjechaliśmy, ile dostajemy pieniędzy za swoją pracę i kto nam płaci. Odpowiadałem zawsze: „Pan Bóg płaci”. Otwierali oczy – wspomina Konrad Bochenek. Parafia jest jednak znakiem, odblaskiem Bożej miłości, bo gdyby nie Bóg, nie Ewangelia, którą niesie się na krańce, to nie byłoby tam dwóch włoskich salwatorianów, może nie byłoby internatu, szkoły zawodów, warsztatów, elektrowni, pracy. – To był dla mnie trudny czas, ale ważny i owocny, choć tak naprawdę to była taka „zabawa w misje” w porównaniu do salwatorianów, którzy spędzili tam więcej niż połowę życia. Dla Boga, dla tych ludzi – przyznaje Konrad.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama