Nowy Numer 43/2021 Archiwum

"Oto Baranek Boży"

Z ks. Romanem Stafinem, doktorem teologii, próbujemy lepiej zrozumieć poszczególne części Mszy św.

Kapłan odprawiający Mszę Świętą, po przygotowaniu się w ciszy do przyjęcia Ciała i Krwi Pańskiej, bierze do ręki przełamaną Hostię i unosząc ją nad pateną lub kielichem, mówi: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na Jego ucztę”. I oto przypomina się nam Jan Chrzciciel, prorok z przełomu Starego i Nowego Testamentu. Przychodzi on z pustyni, gdzie otwierał swoje serce na słowo Boga i przygotowywał się, aby być Jego słowem, którym obwieści światu, że Zbawiciel przychodzi. Kapłan, używając w tym momencie liturgii Mszy Świętej słów Jana Chrzciciela, proroka bliskości Boga – bo tak trzeba by go nazwać – mówi, że On, Baranek Boży, nasz Zbawiciel jest już tutaj! Trzeba otworzyć swoje serce na Jego przyjście!

Tekst ten treściowo łączy się ze śpiewem „Baranku Boży”. Tam i tutaj Chrystus jest barankiem, o którym mówi prorok Izajasz: „Wszyscy pobłądziliśmy jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Jahwe zwalił na Niego winy nas wszystkich. Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony” (53,6-7).

To dlatego mamy odwagę wołać: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Słowa te, znane w liturgii Mszy Świętej od XI wieku, a do Soboru Watykańskiego II wypowiadane trzy razy z gestem bicia się w piersi, wyrażają nasze poczucie grzeszności. Tak naprawdę nie jesteśmy godni, aby Chrystusa, Boga samego, przyjąć do naszych serc. Zdobywamy się pokornie na tę odwagę mocą wiary w to, że to On sam, Baranek niewinny, przyjął na siebie nasze grzechy i mocą swojej śmierci na krzyżu je gładzi, niszcząc w ten sposób to, co nas od Niego dzieli.

Po wyznaniu setnika: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie” (Mt 8,8), Jezus chwali jego postawę, mówiąc: „Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary” (Mt 8,10). To właśnie wiara w leczącą moc Chrystusa w Komunii Świętej prowadzi nas do Jego przyjęcia. Szczera świadomość naszej niegodności „sprowadza” uzdrawiającą moc Chrystusa. Wielu z nas potrzebuje uzdrowienia ciała i Jezus je uzdrawia, jeśli mamy mocną wiarę i jeśli taka jest wola Boża. Wszyscy jednak potrzebujemy terapii duszy, gdyż wszyscy jesteśmy ciągle podatni na kuszenie szatana i działanie zła.

Czy przyjmując Ciało Chrystusa, pełen ufności, otwieram moje serce? Czy proszę, aby Pan przyszedł do mnie w swoim miłosierdziu i wypowiedział „tylko słowo”, a doświadczę uzdrowienia? Ów setnik mówi bardzo prosto, tak po ludzku, z głębokim przekonaniem, że stanie się to, o co prosi; z takim przekonaniem, jakby uzdrowienie jego sługi już się dokonało! A gdy ja wypowiadam jego słowa, czy wtedy Chrystus „znajduje” w moim sercu wiarę na miarę wiary setnika? Czy jest tak naprawdę? Czy z taką wiarą idę w procesji komunijnej do Tego, który wszystko może?

Ksiądz Tadeusz Dajczer, założyciel Ruchu Rodzin Nazaretańskich, o przeżywaniu tego momentu Mszy Świętej mówi tak: „będę mówił z wiarą …»ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja«, to słowo, które nie ma przecież granic mocy, które jest zdolne dokonać przemiany mego serca, uzdrowienia teraz mojej duszy […]. Nie powinienem stawiać granic Jego nieskończonej mocy i nieskończoności Jego miłosierdzia. Przecież może stać się tak, że On, Bóg obecny w Eucharystii, mocą tych cudownych słów dokona w pewnym momencie mojej przemiany […]. To wszystko wygląda na szaleństwo [wyznaje dalej ów kapłan], ale przychodzący do mnie w Eucharystii Jezus kocha mnie naprawdę do szaleństwa. I naprawdę do szaleństwa pragnie we mnie zamieszkać, uświęcić, dając mi wraz ze świętością siebie” (Dajczer T., Zdumiewająca bliskość, Warszawa 2008, s. 102-103).

Kapłan przed chwilą powiedział: „Błogosławieni, którzy zostali wezwani na Jego ucztę”. Uczestnicząc we Mszy Świętej, jesteśmy już błogosławieni, to znaczy szczęśliwi, bo za chwilę spotkamy Chrystusa, naszego Pana i Zbawiciela, naszego Przyjaciela i Uzdrowiciela; On wypełni sobą nasze serca i pójdzie z nami przez życie. Czegóż nam jeszcze potrzeba do szczęścia!

Warto tu zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt wyznania: „Panie, nie jestem godzien…”. Otóż wypowiadamy te słowa wszyscy razem, wierni z kapłanem. Jest to wspólne i pokorne wyznanie wiary w moc Chrystusa i zarazem znak, tworzymy jedną wspólnotę, aby uczestniczyć w tej jednej jedynej w swoim rodzaju Uczcie i aby przyjąć jeden i ten sam Chleb Życia. Tak oto objawia się Kościół, jedna wspólnota złączona wiarą i modlitwą, skupiona wokół stołu, na którym Chrystus, Boży Syn, staje się pokarmem dającym życie.

W tym wspólnotowym duchu chcemy dziś przyjąć Komunię Świętą.

Modlitwa siostry Faustyny (po Komunii Świętej):

„O Stwórco mój i Panie, Ty jeden ponad te [wszystkie] dary dajesz mi Sam Siebie i jednoczysz się ściśle ze Swym nędznym stworzeniem. Tu się rozumieją serca nasze bez doborów słów; tu nikt mowy naszej przerwać nie jest w stanie. O czym mówię z Tobą, o Jezu, jest to nasza tajemnica, o której stworzenia wiedzieć nie będą i Aniołowie nie śmią się zapytać. Są to tajemne przebaczenia, o których wie tylko Jezus i ja – jest to tajemnica miłosierdzia Jego, które ogarnia każdą oddzielnie duszę. Za tę niepojętą dobroć Twoją, uwielbiam Cię, o Stwórco i Panie, całym sercem i duszą moją. A choć to uwielbienie moje jest tak nędzne i małe, jednak jestem spokojna, bo wiem, że Ty wiesz, że ono jest szczere, choć tak nieudolne” (Dz. 1692).

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama