Nowy numer 31/2022 Archiwum

Stałej modlitwy, mądrej pomocy

Czego wciąż potrzeba naszym sąsiadom ze Wschodu, którzy cierpią z powodu wojny? Ojciec Benedykt Krok rodem z Podjaworza podpowiada…

Karmelita o. Benedykt od Dusz Czyśćcowych od 31 lat pracuje duszpastersko w Ukrainie – 22 lata w Berdyczowie, 9 lat w Kijowie.

W Berdyczowie zajmował się odzyskiwaniem sanktuarium maryjnego i jego renowacją, która zakończyła się w 2012 roku oddaniem go do kultu. Rok później rozpoczął pracę w Kijowie. Duszpasterzuje tam do dzisiaj. Jest dziekanem dekanatu Kijów-Zachód, obejmującego m.in. katedrę, kościół pw. św. Mikołaja w Kijowie, a także parafie w Irpieniu, Vorzelu, Bojarce. Katolicy są także w Buczy, tak często przywoływanej w związku z wojną. Parafia karmelicka w Kijowie liczy około 800 osób. Przed wojną istniało w niej wiele grup i wspólnot ewangelizujących otoczenie. Przed wojną, czyli przed 2014 rokiem, w którym Rosjanie zajęli Krym i doprowadzili do powstania tak zwanych Republik Ługańskiej i Donieckiej. Ojcowie zaczęli dojeżdżać jako kapelani do ludzi mieszkających na linii frontu. Tam zobaczyli, na czym polega wojna prowadzona przez Rosjan, którzy niszczyli wszystko do cna. Na tym pasie ziemi mieszkało w tym czasie parę milionów osób, odciętych od świata, bez nadziei na pokój. Trudno pojąć, jak żyli ludzie w tamtejszych wioskach. Tego, co oni przeżywali od siedmiu lat, teraz doświadczają mieszkańcy miast i wsi atakowanych przez Rosjan. – Gdy zaczęła się druga faza wojny, byłem poza parafią. Mój współbrat, obecnie proboszcz o. Marek, polecił, bym działał jako kapelan niosący pomoc potrzebującym. W korpusie kapelanów zajmowaliśmy się m.in. wywożeniem ludzi, którzy siedzieli nieraz w schronach czy piwnicach po 14 dni z rzędu, cały czas ubrani, gotowi do ucieczki, bez dostępu do wody, światła, jedzenia. Przy pomocy wielu osób w Polsce, mieszkańców mojego miasta i księży rodaków z Grybowa udało się pomóc ludziom, którzy nagle utracili wszystko, co mieli. Jak pewien mężczyzna, który własnymi siłami zbudował skromny dom. W jednym momencie znikł on z powierzchni ziemi, gdy spadła na niego bomba. Albo ludzie z 11-piętrowego bloku, którzy sygnał alarmowy usłyszeli pięć minut przed nalotem i musieli uciekać ze swoich mieszkań, nie mając czasu, żeby cokolwiek zabrać, a później patrzyli na zgliszcza swojego dotychczasowego życia. Albo jak ojciec rodziny, który nie zdążył uratować wszystkich swoich dzieci – opowiada o. Benedykt. Nisko się kłania wszystkim, którzy przyjmują uchodźców, i tym, którzy pomagają ludziom tam, na miejscu. – Polacy pokazują, na czym polega Ewangelia, która cała utkana jest z miłosierdzia, współczucia, bliskości. Gdyby wycisnąć tę materię, otrzymalibyśmy samo współczucie. Tam, gdzie go nie ma, wciska się wojna. W Polsce widać to niezwykłe współczucie. Owszem, może przyjść zmęczenie, znużenie, wyczerpanie z powodu wciąż dochodzących informacji o ludzkich tragediach i biedzie Ukraińców. Trzeba się jednak nastawić na długofalową solidarność, wspartą racjonalnym pomaganiem. Konieczna jest stała modlitwa o pokój. I troska o wewnętrzną jedność, ponieważ wojna wchodzi tam, gdzie są szczeliny, gdzie nie ma jednomyślności, brakuje zgody – podkreśla karmelita. Widział cuda Matki Bożej już w czasie odzyskiwania i odnawiania sanktuarium w Berdyczowie. Widzi Jej cudowne działanie także teraz. Ma takie odczucie, jakby Maryja rozciągnęła swój płaszcz opieki na zachodnią Ukrainę. Jakby uchroniła Polskę podczas prowokacji na granicy z Białorusią. – Gdyby Polacy pierwsi zaczęli strzelać, mielibyśmy Białorusinów i Rosjan w Polsce. I wojnę. Dlatego jeszcze raz proszę o modlitwę różańcową, o dobre przeżywanie pierwszych sobót miesiąca w intencji nawrócenia Rosji. Cieszę się, że do dzisiaj trwa taka modlitwa w naszych parafiach, jak choćby w Grabnie, gdzie od początku wojny ludzie codziennie modlą się na różańcu. W tym piekle rozpętanym na Ukrainie już pojawiają się znaki nadziei. Ludzie po latach zdają sobie sprawę, że bez Boga ani do proga. Kobietom, które przywoziłem do Polski, dawałem różańce, z którymi się już nie rozstają. Mówią, że modlitwa jest dla nich jak duchowa tabletka. Czują jej siłę. Wojna pozwoliła rozlać się demonicznemu morzu nienawiści, strachu, okrucieństwa i rozpaczy. Ale w tych ciemnościach zapalają się też światła nadziei, a Bóg wyciąga swoją łaską z tych odmętów ludzi, by nie zatracili się w atakującym ich mroku. I to widać. Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem, że moja ojczyzna stała się w tym czasie schronieniem dla Ukraińców. Jestem pewien, że to dobro ma chrześcijańskiego ducha, że nie jest tylko jakąś interesowną filantropią, ale czymś, co wypływa z ewangelicznego przykazania miłości Boga i bliźniego – mówi o. Benedykt.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama