Nowy numer 39/2022 Archiwum

Od Tarnowa do Częstochowy sami znajomi

Maria Skowron z Mielca wybiera się na Jasną Górę po raz 40. Nie opuściła żadnej Pieszej Pielgrzymki Tarnowskiej. Jak jej się to udało?

Po raz pierwszy Maria Skowron z Mielca poszła na pielgrzymkę w 1983 roku, kiedy tarnowskie wędrowanie na Jasną Górę odbywało się po raz pierwszy. Miała wtedy 35 lat.

Pragnienie, by pójść pieszo do Matki Bożej Częstochowskiej, zrodziło się rok wcześniej, kiedy w telewizji zobaczyła relację z pielgrzymki krakowskiej. – Serce samo się wyrywało, by poczuć tę atmosferę i śpiew – wspomina. – Poza tym nasza Grupa św. Szymona szła wtedy z rzeszowską pielgrzymką – dodaje. Nie opuściła pielgrzymki w żadnym roku. Jak jej się to udało? – Nie mam pojęcia. To Opatrzność Boża czuwała. Przez wiele lat nikt w pracy nie wiedział, że wybieram się na pielgrzymkę. Potem komuś dało do myślenia, że zawsze brałam urlop w sierpniu. Nie robiono mi jednak z tego powodu żadnych problemów – dodaje. Pani Maria była jedną z pierwszych osób świeckich zaangażowanych w szukanie kwater dla pielgrzymów, wcześniej zajmowali się tym klerycy. Jest kwatermistrzem „szesnastki” od 1988 roku. Wśród gospodarzy, którzy udzielają noclegu pielgrzymom, ma wielu znajomych. Dzwonią do siebie z życzeniami, dzielą się z nią swoimi bólami i radościami. Widzi, jak rosną im dzieci i jak zakładają swoje rodziny. Zdarza się, że fotografuje tych ludzi, a wywołane zdjęcia przynosi im rok później. – Dawniej bardzo chętnie przyjmowano pielgrzymów na nocleg. Teraz ludzie się boją. Covid popsuł relacje, wprowadził strach i dystans między nami. Dzisiaj, kiedy dzwonię do znajomych gospodarzy, już nie ma entuzjazmu. Dotychczas przeważała radość, że znów się będziemy widzieć, a teraz coraz częściej się boją. Entuzjazm słabnie także, jeśli chodzi o liczbę pielgrzymów. Kiedyś grupy liczyły po 800 osób. Kiedy szło 400, wydawało się, że to mało. Ludzie spali głównie w stodołach, dziś takich miejsc już nie ma, ewentualnie nie nadają się do użytku. Nie byłoby nawet szans, by znaleźć nocleg dla 400 czy 500 osób w jednej wsi, a kiedyś było to możliwe – wspomina. Tęskni za atmosferą dawnej pielgrzymki. – Przed laty, kiedy po dziewięciu dniach wędrówki wracało się do domu, jeszcze przez kolejne dwa tygodnie człowiek słyszał śpiew w uszach – mówi pani Maria. Dostrzega, że bardzo zmienił się strój pielgrzyma. Dawniej obowiązywała spódnica za kolana albo dłuższe spodnie. Teraz nikt na to nie zważa. Nie ma też trudu sprzed lat, gdy człowiekowi czasami nawet wody brakowało na trasie. – Ludzie sobie pomagali, dzielili się tym, co mieli, a na pielgrzymce nikt nie miał za wiele. Konserwy wyliczone na każdy dzień zbierało się od stycznia. Człowiek cieszył się, jeśli mógł u gospodarza zerwać z drzewa jabłko. Wodę nosiło się w ciężkim bidonie, nie było plastików, nawet o porządne buty było trudno. Kto tam miał adidasy? Odciski i pęcherze na stopach były gwarantowane – wspomina pątniczka. Przygód na trasie Pieszej Pielgrzymki Tarnowskiej na Jasną Górę przeżyła bez liku. Wspomina noclegi, kiedy w jednym domu zgromadziło się 50 osób. – Spaliśmy dosłownie wszędzie, nawet na schodach. Nieraz zajmowaliśmy domy w całości, tak że gospodarze nie mieli jak przejść do łazienki – opowiada i wspomina niezwykłą serdeczność wielu ludzi, zwłaszcza starszych. Ich otwartość na przyjęcie pielgrzymów jest największa. Blisko kaplicy w Bodziejowicach, gdzie pielgrzymi nieraz nocowali, mieszkała kiedyś starsza pani, która przynosiła im pierzyny, poduchy, koce, żeby mogli się ułożyć. Dzieliła się wszystkim, co miała. Bywały też momenty grozy. – Pewnego razu z jedną z sióstr miałyśmy spać w bardzo dziwnym domu. Kiedy weszłyśmy do środka, gospodarz zamknął za nami drzwi na klucz, co nigdy się nie zdarzało. Już wtedy wystraszyłyśmy się. Potem w kuchni zobaczyłyśmy kobietę jedzącą z talerza rękami, a kiedy usłyszałyśmy od gospodarza, że będziemy z nim spać w jednym pokoju, wiedziałyśmy, że musimy brać nogi za pas. Powiedziałyśmy mu, że musimy wrócić do bagażówki. Kiedy nam otworzył, uciekłyśmy. Omijaliśmy pielgrzymką ten dom co roku – opowiada pani Maria. Bywało też śmiesznie. – Jednego razu starsza pani zgodziła się przyjąć pięć sióstr. Kiedy dziewczyny przyszły do niej na nocleg, powiedziała, że ich nie przyjmie, bo u niej miały spać siostry zakonne. Poczuła się oszukana. Musiałam pójść do niej i wyjaśniać, że na pielgrzymce wszyscy są siostrami i braćmi. Wtedy się zgodziła – wspomina pani Maria. Co dała jej pielgrzymka? – Naprawdę wiele. To dzięki niej zawsze miałam jakąś wewnętrzną siłę, moc i nadzieję, wypływające z całkowitego zdania się na Opatrzność Bożą – mówi pani Maria, która na pielgrzymce wymodliła dla kogoś nawrócenie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy