Tarnowscy diecezjanie pielgrzymują nie tylko do Tuchowa czy na Jasną Górę. Chętnie wybierają się też do sanktuariów maryjnych zachodniej Europy. Nieliczni kierują swoje kroki na wschód. – Pięć lat temu wybrałam się na pielgrzymkę z Rzeszowa do Lwowa, do Maryi – Ślicznej Gwiazdy tego miasta, której obraz znajduje się we lwowskiej katedrze – mówi służebniczka dębicka s. Zachariasza Zych. Udało się wówczas dotrzeć do celu. Mimo upływu lat wspomnienia są niezatarte. – Niezwykle wzruszającym momentem jest dojście do Sanu. Niosący krzyż i znak pielgrzymki dotykają nimi wody. Krzyż jest przystrojony na biało-czerwono, a znak na żółto-niebiesko. Dotknięcie nimi wody symbolizuje jedność, jaką tworzymy, jaką chcemy budować. Później cała grupa przepływa na drugą stronę Sanu promem – opowiada s. Terezitta Sławięta, również służebniczka dębicka. Wzruszają też spotkania z ludźmi po stronie ukraińskiej. – Niezależnie od przynależności – do prawosławia czy katolicyzmu – wychodzą na drogę, witają nas, klękają przed krzyżem, który niesiemy, całują go ze łzami w oczach. Zdarza się i tak, że jadący samochodami zatrzymują się, wysiadają, żegnają się. Robią tak zawsze, kiedy widzą kondukt pogrzebowy. Jakież jest ich zdziwienie, że jesteśmy pielgrzymką, a nie orszakiem idącym za zmarłym – wspomina z uśmiechem s. Zachariasza. Ujmuje też miejscowa gościnność. W Hodowicy na przykład ludzie oszczędzają przez cały miesiąc, żeby przyjąć pielgrzymów. Kiedy zbliżają się do wsi, z parafii greckokatolickiej wyrusza na ich powitanie procesja, a kiedy się spotkają na granicy miejscowości, idą do jej centrum już razem. Wszyscy uczestniczą w nabożeństwie, a po nim w agapie, podczas której dzieci, młodzież i dorośli, nierzadko w biało-czerwonych strojach, śpiewają polskie pieśni i piosenki, których wcześniej się nauczyli. Zwykle pielgrzymka kończyła się we lwowskiej katedrze przed obrazem Matki Bożej, a później modlitwą na Cmentarzu Łyczakowskim i Orląt Lwowskich. Jednak od czterech lat taki scenariusz już nie jest możliwy. – Najpierw w dotarciu do Lwowa przeszkodziła nam pandemia, teraz nie pozwala wojna – mówi s. Terezitta. Mimo to pielgrzymi nie odpuszczają, choć dochodzą jedynie do przejścia granicznego w Medyce, skąd tęsknym wzrokiem patrzą na wschód. Tak było i tym razem pod koniec czerwca. Na pielgrzymkę poszli ludzie z całej Polski, a nawet z zagranicy, często tacy, którzy mają korzenie kresowe albo zakochali się w historii Polski, kiedyś rozległej aż po Lwów i dalej. Do tych pierwszych należy s. Zachariasza, której prapradziadkowie mieszkali w stolicy Galicji. Z kolei s. Terezitta należy do tych, którzy są zakochani w historii. – Czuję się przy tym patriotką, mającą świadomość, ile ta ziemia za wschodnią dzisiaj granicą znaczy dla Polski, dla naszej historii, kultury, literatury, duchowości. Czuję do tego dziedzictwa ogromny sentyment i szacunek. Pięć lat temu, kiedy doszliśmy do Lwowa, czułam ogromne wzruszenie, modląc się tam przed Matką Bożą, której król Jan Kazimierz zawierzył naszą ojczyznę i ogłosił Ją królową Polski – mówi służebniczka.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








