W życiu Tomasza Nadolnika duchowość to kręgosłup, który pozwala utrzymać pion, a jego historia to opowieść o tym, jak wychowanie i formacja odebrana w domu, po latach dojrzewania, zmienia się w misję.
Wszystko zaczęło się w rodzinnym domu w Wielkiej Wsi koło Wojnicza. Tomasz wspomina, że impuls do wstąpienia do Straży Honorowej Najświętszego Serca Jezusowego (jest dziś jej animatorem diecezjalnym) przyszedł od najważniejszego autorytetu − ojca. – Miałem 25 lat, kiedy wstąpiłem do Straży Honorowej po tym, jak zrobił to mój tato. Wiedziałem, że jeśli on gdzieś się zapisuje, to musi być to coś ważnego, wartościowego. To mi wystarczyło. Mama krótko wytłumaczyła mi, o co chodzi – opowiada Tomasz. Dla młodego mężczyzny przykład ojca, który z pokorą i dyscypliną realizował swoje powołanie w arcybractwie, był wystarczającym powodem, by w wieku 25 lat pójść tą samą drogą. Jednak fundamenty tej rodzinnej pobożności sięgają jeszcze głębiej, aż do mroźnych dni 1945 roku. Pan Tomek przytacza rodzinną relację o swojej babci Janinie, która stanęła oko w oko ze śmiercią. Kiedy radziecki żołnierz przyłożył jej broń do skroni, jedynym ratunkiem okazał się akt strzelisty. – Babcia popatrzyła na obraz Serca Pana Jezusa i powiedziała tylko: „Serce Jezusa, ratuj”. Drugi żołnierz podbił pistolet pierwszego. Kula przeszła przez sufit – wspomina Tomasz Nadolnik. Babcia padła zemdlona, ale ocalona. Opowieść jest domową relikwią, dowodem na to, że Serce Boże realnie interweniuje w historię człowieka.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł