Piotr Majorczyk, prezes Zarządu Wydawnictwa "Copernicus Center Press", od niemal dekady prawa ręka ks. prof. Michała Hellera, mówi o budowaniu jednego z najbardziej oryginalnych projektów popularnonaukowych w Polsce.
Grzegorz Brożek: Skąd się wziąłeś w Copernicus Center Press?
Piotr Majorczyk: Poznałem profesora, gdy powstawało drugie oblicze CC Press – już to obecne, rynkowe. Zostałem wtedy zaproszony do współpracy przez ówczesnego prezesa Jacka Włodarczyka i wspólnie zaczęliśmy układać plany stworzenia i rozwoju wydawnictwa. Oficyna powstała w sierpniu 2012 roku. Na dziesięciolecie wydawnictwa w 2022 roku zamiast bankietu wydaliśmy jubileuszową książkę o oryginalnym tytule – „10 lat CCPress” – z artykułami popularnonaukowymi i wywiadami, m.in. z prof. Hellerem, taki rarytas, dystrybuowany dla najwierniejszych czytelników. W rozmowie z Tomaszem Millerem profesor Heller wspomina, że choć oficyna ma dekadę, to zamysł wydawniczy dojrzewał w nim znacznie wcześniej; pierwsze publikacje ukazywały się w ramach prowadzonego wraz z Józefem Życińskim Ośrodka Badań Interdyscyplinarnych, również pismo „Zagadnienia Filozoficzne w Nauce" cieszyło się sporym uznaniem – problem polegał na tym, że w rzeczywistości wolnorynkowej te wartościowe propozycje nie potrafiły wyjść poza wąski, specjalistyczny krąg odbiorców.
Jak udało się to zmienić?
Jak w przypadku każdych narodzin, towarzyszyło nam wiele wątpliwości – czy wydawnictwo publikujące wyłącznie książki naukowe ma szansę utrzymać się na niełatwym polskim rynku? Baliśmy się klasycznej pułapki, którą opisuje pewne porzekadło: że wydawca to ktoś, komu się tylko „wydaje". Zaryzykowaliśmy – postawiliśmy na nowoczesną formę graficzną, która mogła konkurować atrakcyjnością z komercyjnymi gigantami, zbudowaliśmy profesjonalne struktury komunikacji i dystrybucji. Na pierwszy ogień poszła najnowsza książka Michała Hellera pt. „Filozofia przypadku. Kosmiczna fuga z preludium i codą". I to była ta „wydawnicza alchemia", która zadziałała, w pierwszych miesiącach sprzedaliśmy jej ponad 10 tysięcy, uwierzyliśmy, że tam, po drugiej stronie czytelniczej rzeczywistości, czeka na nasze książki rzesza pasjonatów treści niebanalnych. To jest moc Michała Hellera! Od tej pory wzięliśmy udział w kilkuset wydarzeniach, festiwalach i targach. Wydaliśmy bez mała 700 tytułów, a milion ze sporym okładem książek CCPress trafiło na półki czytelników. To pokazuje, że misja popularyzacji nauki, która przyświecała Hellerowi od początku, naprawdę się powiodła.
Czy profesor nie miał wątpliwości co do takiej formy popularyzacji, przez drukowaną książkę, formę cały czas ważną, ale wobec nowych możliwości jakby archaiczną?
On był pewien, że to się powinno udać. Ta pewność była oparta na jego głębokim zaufaniu nie tyle do druku, papierowej książki, co do ludzkiego dążenia do wartościowych treści. Do dziś szukają razem z Hellerem odpowiedzi na ważne pytania robotnicy i profesorowie, ale przede wszystkim ogromna rzesza ludzi, którym nasze książki pozwalają usłyszeć rzeczy, które oni przeczuwali – i zgłębić tajemnice siebie, umysłu, kosmosu.
Przykład?
Wspomnę o jednym z naszych pierwszych czytelników – panu Michale Romiku, emerytowanym górniku z Chorzowa. Ten człowiek co najmniej raz na kwartał dzwonił do redakcji, żeby wypytać o nowości. I wiesz, co było w tym najpiękniejsze? Że w śląskiej gwarze dzielił się z nami wrażeniami z lektury – zwłaszcza kolejnych zeszytów „Zagadnień Filozoficznych w Nauce". To był dla nas największy zaszczyt: widzieć, że naukowa pasja docierania do prawdy nie zna barier.
Ksiądz Michał Heller. Jaki jest?
No – jest Michałem Hellerem! Oprócz tego, że jest uczonym, tu inni potrafią lepiej niż ja opowiedzieć o skali tej umysłowości, to jest również księdzem i myślę, że ta profesja, powołanie, także pomogła w nim ukształtować ogromną empatię i uważność. W rozmowie z nim czujesz się ważny, czujesz się słuchany. A natura naukowca sprawia, że jest człowiekiem bardzo odważnym – bo dobry naukowiec to ktoś, kto umie stawiać sobie ważne pytania, a Michał Heller je uwielbia. I najciekawsze jest dla niego właśnie to, czego jeszcze nie wie. Mam tu obraz, który to oddaje tę sytuację. Kiedyś profesor opowiedział mi sen – bardzo poruszający. Przyśnił mu się kot sprzed lat imieniem Purcel, który siedział na parapecie i coś do niego perorował. Jak to we śnie, profesor nie spamiętał treści wywodu Purcela, który to, skończywszy przemowę, zwrócił się z pytaniem „Czy zrozumiałeś co ci powiedziałem?”. Aby kota nie urazić, profesor odpowiedział grzecznie, acz wymijająco: „rozumiem twoją logikę". A Purcel na to: „Co to jest logika?" I z tym pytaniem ksiądz profesor się obudził.
Co w tym widzisz?
Dowód na to, że nawet we śnie człowiek sobie stawia pytania i szuka na nie odpowiedzi. Ale to też wyraz pokory. Heller ma trochę naukowych tytułów, godności, ponad 70 publikacji książkowych, wykłady po całym świecie. Coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że jeszcze czegoś nie wie. Coraz więcej go w związku z tym ciekawi. Dla wielu może to być powód do frustracji, a tutaj do jeszcze większej żarliwości.
Czy ta ciekawość ma też codzienny wymiar?
Jak najbardziej. Michał Heller zwykle kilka godzin dziennie poświęca rozwiązywaniu zadań matematycznych, co jest dla niego jedną z ulubionych form rozrywki i ćwiczenia umysłu. Obchodzi właśnie 90. urodziny. Gdyby ktoś zapytał, co można profesorowi podarować, z czego ucieszyłby się najbardziej, to odpowiedziałbym tak: z dobrej książki i piekielnie trudnego zadania do rozwiązania.
Należysz do grona współpracowników, z którymi ks. Heller jest na „ty”.
Okoliczności były przemiłe. To był dzień tarnowskiej premiery zbioru kazań „10.30 u Maksymiliana”. Msza św. o 10.30 u Maksymiliana, rok 2014. Potem poszliśmy z profesorem na spacer – ja byłem z Anią, moją żoną. Usiedliśmy na ławeczce, chyba w Parku Sanguszków. Piękna złota jesień. I wtedy ksiądz profesor zaproponował nam przejście na „ty”.
I co to zmieniło w waszej współpracy?
Odebrałem to jako dowód zaufania i uznania dola naszej pracy w wydawnictwie. Poza tym ułatwiło nam to współpracę, bo od tej pory mogliśmy od razu przechodzić do meritum spraw. Uwierz mi – pisanie maili pod tytułem: „Wielce Szanowny Księże Profesorze, jest tutaj taka sprawa, że nieśmiało chciałbym zapytać, czy ksiądz byłby łaskaw..." – to nie jest komunikacja, to jest ceremonia.
Mania tytulatury?
To jest coś charakterystycznego, zwłaszcza tutaj, na południu. Pamiętam, jak siedzieliśmy kiedyś w pewnym gronie mocno utytułowanym, że tak powiem. Gospodarz dobrze się w nim czuł, dopóki sytuacja nie zmusiła go do zwrócenia się bezpośrednio do mojego kolegi – nazwijmy go Pawłem – którego tytułu nie znał. Wyglądało to tak: „A pan, panie Pawle, przepraszam, że tak się zwracam do Pana po imieniu, ale … czy ma pan jakiś tytuł?" – „Tak, jestem doktorem”. Gospodarzowi kamień młyński spadł z serca, poczuł się na swoim gruncie. – „Zatem, panie doktorze…”.
Heller jest od tego daleki?
Tak. Bycie z Michałem Hellerem na „ty” to nie jest zaproszenie do poufałości – raczej świadectwo wzajemnego zaufania. On po prostu uważa, że zdejmowanie warstwy oficjalności pozwala sprawniej zajmować się sprawami istotnymi. Jest człowiekiem skromnym. Ma do siebie spory dystans.
Wielokrotnie jeździcie razem na spotkania, wykłady. Jak to wygląda?
Jedziemy dwie godziny i pękam ze śmiechu od anegdot, rozmawiamy o książkach – zwłaszcza kryminalnych, bo Michał Heller jest wielkim pasjonatem dobrych powieści kryminalnych. Przed celem wjeżdżamy w korek, który tworzą, okazuje się, samochody wiozące ludzi na wykład księdza profesora. Dojeżdżamy, i ten miły pan, z którym tak wspaniale mi się jechało, wychodzi i niczym czarodziej uchyla tajemnice wszechświata setkom zasłuchanych ludzi. Nigdy nie widziałem by sala, w której Heller miałby wykład, świeciła pustkami.
Co sprawia, że ludzie tak tłumnie przychodzą na spotkania z Michałem Hellerem?
To jest moc wiedzy i kultury jej przekazywania. Pytania, które on sobie zadaje i próby odpowiedzi na nie – czy na wykładach, czy w książkach – w naturalny sposób przechodzą na słuchaczy i czytelników. Jest w nim niesamowity dar pogodnego rozmawiania o świecie: wszystko wydaje się ciekawe i proste.
Czy to samo nie dotyczy jego kazań, które, jeśli okoliczności pozwalają, głosi co niedzielę o 10.30 w Kościele pw. św. Maksymiliana w Tarnowie?
One trwają 6–7 minut, ale powstają przez kilka dni. Profesor to kiedyś tłumaczył, że chodzi z tematem kazania dłuższy czas, zanim je wygłosi. Bo Słowo najpierw musi dotrzeć do profesora, aby potem móc zostać przekazane. Kiedy głosi, to też mówi tak, żeby głos dotarł demokratycznie do każdego uczestnika Mszy św. I tak się naprawdę dzieje!
Na tym także polega popularyzacja nauki, którą uprawiacie w CCPress z ks. Hellerem?
To jest jak u Alicji w Krainie Czarów: myślisz rano o czymś, co jest niemożliwe, a wieczorem okazuje się możliwe. Wierzyć, że napisze, wyda się dobrą książkę, którą grono czytelników przyjmie jako odpowiedź na pytania, które dawno w sobie przeczuwało – to jest dar.
Co ks. Heller odpowiada, gdy ktoś mu zarzuca, że „za mało jest Pana Boga" na wykładzie, w książce?
Kilka razy byłem świadkiem takich sytuacji. Zwykle Michał Heller odpowiada, że należy dostrzegać Boga w pięknie praw rządzących naturą. Zaś jeżeli będziemy białe plamy w tych prawach łatać Panem Bogiem, to dwa plus dwa będzie – mówiąc jego słowem – „lampa”. Chodzi o to, żebyśmy odkrywali piękno mechanizmów rządzących rzeczywistością. Bo jeżeli się wycofamy i powiemy „a bo ta cała reszta to Pan Bóg", działanie nie jest spójne, powstaje błąd metodologiczny, a wynik działania jest po prostu fałszywy.
To rozbraja spór nauka kontra religia?
Zdaniem Michała Hellera – tak. Nie da się powiedzieć, że coś jest sprzeczne z Bogiem, bo jeżeli coś istnieje, nie może być z Nim sprzeczne, bo Bóg to stworzył. Jak wejdziesz głębiej i zobaczysz setki, tysiące zależności, które na siebie zachodzą, to dojdziesz do wniosku, że ktoś to musiał poukładać. Są takie głosy, że skoro wydawnictwo działa pod auspicjami księdza Hellera, to powinno być w nim więcej teologii. Ale nie da się wydawać wyłącznie książek teologicznych – od tego są wydawnictwa specjalistyczne, katolickie. Misją Copernicus Center Press jest edukacja i popularyzacja nauki. Dlatego też obok książek Michała Hellera w naszym katalogu znajdziesz książki m.in. Daniela C. Dennetta, wybitnego filozofa ateisty; świadczy to o szacunku Hellera do szerokiego spektrum myśli naukowej. Kryterium naukowości jest dla niego najistotniejsze.
Powiedziałeś, że uwielbia zadania matematyczne. Umysł ścisły, ale jednak zarazem humanista. To nie są rzeczy sprzeczne?
Zdaniem profesora jedno drugiemu nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, dopełnia się doskonale. Wszak aby powstała abstrakcyjna liczba, na przykład „3”, ktoś kiedyś, patrząc na trzy krzaki na pagórku, wyabstrahował tę liczbę za pomocą metafory, narzędzia stricte humanistycznego. Umysły ścisłe to bardzo często wybitni humaniści, w drugą stronę to już rzadziej działa – humaniści lubią podkreślać niechęć do przedmiotów ścisłych. Może dlatego w Warszawie mamy Pałac Kultury i Nauki. Profesor Heller zawsze w tym przypadku zwraca uwagę na niefortunność tej nazwy, wszak nauka jest jednym z filarów kultury!
Rodzina Hellera jest mocno zakorzeniona w Galicji.
Od pokoleń. Jest taka anegdota o dziadku księdza profesora, który za CK. Monarchii był starostą w Ropczycach. Pewnego dnia odwiedził tamto miejsce wysłannik cesarza Franciszka Józefa. Na uroczystej kolacji zebrali się ropczyccy notable i urzędnicy, w tym niejaki pan Fąferek. Po przedstawieniu się cesarski wysłannik zwracał się do pana Fąferka „Herr Ferek”, a ten za każdym razem poprawiał go mówiąc „Fą – ferek, na co w końcu poirytowany Austriak zwrócił się do Starosty „Herr Heller, dlaczego Herr Ferek wciąż podkreśla przede mną swoje szlachectwo?! Takie polskie „fą” zamiast „von”!
Jaką rolę odgrywa Tarnów w życiu profesora?
Bardzo ważną! Profesor zawsze podkreśla, że mieszka na terenie dawnej wsi Strusina. Kiedy jemy obiad – zwyczajowo w restauracji Różana – opowiada mi o tym miejscu jako o dworku z pięknymi ogrodami. Po drodze z mieszkania mijamy kamienicę, w której mieszkał wynalazca Szczepanik i gdzie jest jego tablica. Ale w tej samej kamienicy urodził się ksiądz profesor Heller.
O tym jeszcze nie ma tam żadnej tablicy. A Mościce?
Mościce zajmują szczególne miejsce w sercu profesora. Tam dorastał, chodził do szkoły; jego ojciec, Kazimierz Heller, współtworzył Mościckie zakłady chemiczne, dzisiejsze „Azoty”. Do dziś stoi tam jeszcze dom rodzinny, wśród miejscowych znany jako „hellerówka”, choć na terenach ogrodu mieści się teraz sklep dużej sieci. W Mościcach mamy jedno ulubione miejsce – małą kameralną restaurację na trzy stoliki. Jej zaletą – oprócz świetnych posiłków – jest lokalizacja blisko cmentarza – bo obok jest cmentarz Mościcki, na którym spoczywają bliscy profesora.
I przy tych obiadach też pracujecie?
Mam nawet taką dedykację na jednej z książek, że „W restauracji Apetyt na Zdrowie na deser powstają dobre projekty wydawnicze”. I powiem ci – na pięć wymyślonych tam książek, co najmniej dwie w końcu się ukazują.
Mówiłeś, że bycie naukowcem to jest duża odwaga. Bycie wydawcą też?
Kiedy postanowiliśmy poszerzyć ofertę o komiksy naukowe, pierwszą reakcją Michała Hellera nie był sprzeciw, co raczej opinia, że nie lubi komiksów i nie widzi ich jako formy komunikacji naukowej. Spora część rady wydawniczej natychmiast przychyliła się do zdania profesora. Ja byłem asertywny – i po kilkukrotnych namowach zdecydowaliśmy się wydać ten komiks.
I co się stało?
Kiedy się ukazał – był to Trinity o programie tworzenia bomby atomowej przez Oppenheimera – otrzymałem od księdza profesora gratulacje. Napisał, że komiks jest świetny, że sam się wiele dowiedział, i przeprosił mnie za poprzednie wątpliwości. Michał Heller podchodzi do spraw wydawniczych z własną opinią, ale jej nie narzuca, jest gotów wyruszyć na nieznaną przygodę jeżeli wie, że ta przygoda służy edukacji i popularyzacji nauki.
A książka o przekleństwach?
Pamiętam to doskonale. Dyskutowaliśmy o książce brytyjskiego językoznawcy Beniamina C. Bergera pt. „What the F.”, o roli przekleństw w języku. Ku mojemu przerażeniu dr Łukasz Lamża bez cenzury zaczął referować na radzie wydawniczej tematykę książki, szczególną uwagę poświęcając – takim wyrazom jak „k”, „p” i tak dalej. Jechał bez trzech kropek. A potem przeszedł do wyrażeń i też się nie łamał. Padło pytanie, czy to wydajemy. Ksiądz Heller rozejrzał się po zebranych i zapytał rzeczowo: „Czy to jest naukowo dobre?" Łukasz mówi: „No świetnie." Na to profesor: „No to wydajemy".
Masz jakiś happening wydawniczy, który szczególnie zapamiętałeś?
Jest jedna historia, która na zawsze weszła do legendy CCPress. Ksiądz Heller napisał z ks. Tadeuszem Pabjanem książkę zatytułowaną „Stworzenie i początek Wszechświata” – o tym jak nauczać o kosmosie i ewolucji. Kiedy książka była na ukończeniu, mój ówczesny szef Jacek otrzymał maila z tekstem książki. W temacie wiadomości stało: „Całość Stworzenia". Uznaliśmy, że Autorzy w ostatniej chwili zmienili tytuł, daliśmy więc na okładce „Całość Stworzenia” i tak zaczęliśmy promować nową książkę. Na szczęście, nim skierowaliśmy książkę do druku autorzy zorientowali się że coś tu nie gra i wyjaśnili, że słowo „całość” oznacza całość tekstu, a nie zmianę tytułu.
Jaka z tego nauka?
Autorytetów należy nie tylko słuchać, ale też się z nimi komunikować, trzeba zadawać pytania, rozmawiać – to podstawa. Od tej pory Michał Heller, jak tylko przysyła nam nowy tekst, pisze w temacie słowo „całość" i podaje pełny tytuł. Ale żeby było śmieszniej – u nas nic się nie marnuje. Na dziesięciolecie wydawnictwa ogłosiliśmy na stronie, że można składać życzenia Michałowi Hellerowi. Było ich tyle, że zrobiliśmy z nich małą książeczkę z osobnym numerem ISBN. Istnieje w dwóch egzemplarzach. Jeden ma Michał Heller, drugi znajduje się w archiwum CCPress. Tytuł książki: „Całość Stworzenia i inne życzenia krótkie ”. Na okładce znajduje się promocyjny blurb autorstwa Michała Hellera. Brzmi on tak: „Tytuł »Całość stworzenia« jest bez sensu”. Cały ksiądz profesor!