Nazywam się… właściwie nie wiem, jak się nazywam.
Ludzie mówią na mnie różnie - czasem „Kici, kici”, czasem „Chodź tutaj!”, a gdy przez przypadek (choć czasem z premedytacją) zrzuciłem coś z szafki, wołali „Zostaw to!”.
Spacerowałem w zadumie wokół miejsca, w którym mieszkałem. Dwunożni nazywali go domem. Postanowiłem wrócić na chwilę do domu, aby posilić się na długą przechadzkę po ulicach, łąkach, lasach mojego miasta.
Na jadalnianym stole leżała siatka, z której unosił się zapach czegoś pysznego, bliżej mi nieznanego. Obok stał kubek - a przynajmniej tak nazwała to moja opiekunka. Dotknąłem go nosem - może to coś żywego?
Po szybkiej przekąsce wyruszyłem w dobrze mi znaną drogę. Ciepłe promienie słońca ogrzewały moje czarne futerko. - „Jest cieplej niż wczoraj” - pomyślałem, przypominając sobie białe obłoki, które przysłoniły wczorajsze słońce.
Idąc dalej przestraszył mnie ogłuszający dźwięk. Wydobywał się z wielkiego, zimnego, obskurnego budynku z wysoką wieżą. Moi dwunożni wchodzili tam co niedzielę. Zaobserwowałem ten rytuał zaraz po tym, jak pojawiłem się w ich domu.
Moim kolejnym przystankiem był szeroki zbiornik, w którym powolnym nurtem płynęła błękitna woda. Lubiłem przychodzić w to miejsce i siadać nad brzegiem, obserwując małe stworzonka, które zwinnie omijały gałązki i kamienie porzucone na dnie zbiornika.
Słońce, czyli ta żółto-pomarańczowa kula zaczynała chować się już za odległymi krainami, których od zawsze byłem ciekaw. Jednak nigdy nie udało mi się tam dotrzeć. Pozostało mi jedynie ciche oglądanie i ciekawość. Co (lub kogo) mógłbym tam spotkać?
Nagle go zobaczyłem, miał czarną sierść. Nie ruszył się jak mnie zobaczył, przyglądał mi się w milczeniu. Ja też się nie poruszyłem naśladując go. W jego spojrzeniu dostrzegłem nutkę strachu i ciekawości. Poczułem, jakby świat się na chwilę zatrzymał. Drzewa szumiały, w oddali można było usłyszeć piski młodych dwunożnych. Niektórzy mogą mi nie uwierzyć, ale widzę więcej niż może wam się wydawać.
Wróciłem do domu, torba dalej leżała w tym samym miejscu. Dwunożni byli zajęci własnymi sprawami, uśmiechnęli się gdy przekroczyłem próg domu i uściskali mnie.
Ta podróż uświadomiła mi jedno. Może i ja nie rozumiem dwunożnych, ich zachowania, tego co jedzą, przyzwyczajeń. Ale oni również nie rozumieją mnie. I bardzo dobrze. Bo to oznacza, że nadal jestem trochę dziki.
Zagłosuj klikając w poniższy link, pamiętając że jury będzie brało pod uwagę głosy na TAK: