Nie da się?

Obrońca Polski w 1920 roku, ksiądz, żołnierz Września 1939 roku, bohater z czasów wielkiej przedwojennej powodzi, wieloletni proboszcz w Czerminie – jeden z wielu dobrych pasterzy, a zarazem wybitny ich przedstawiciel. Takich wciąż potrzeba. Rzecz o ks. Janie Jaroszu...

Ksiądz Jan Jarosz pochodził z Muchówki. Po ukończeniu szkoły powszechnej poszedł do gminazjum w Bochni. W styczniu 1919 roku zgłosił się do Wojska Polskiego i wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Walczył na Wschodzie, potem na przedpolach Warszawy. Został ranny i przeszedł ciężką chorobę. W listopadzie 1920 roku został przeniesiony do rezerwy. Ojczyzna przyznała mu Medal „Polska Swemu Obrońcy”. Wojna wywarła na niego ogromny wpływ i zaważyła na jego dalszych decyzjach życiowych, z których najważniejszą okazało się wstąpienie do Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie. Święcenia kapłańskie otrzymał w tarnowskiej katedrze w 1924 roku. Był m.in. administratorem w Czermnej i Żurowej, a są to parafie blisko Ołpin, dokąd przyjeżdżał na odpusty, spowiedzi i inne uroczystości. Musiał dobrze zapamiętać zaradność i kulinarny kunszt ołpińskiej gospodyni, skoro obejmując w 1932 roku probostwo w Czerminie, zaproponował Marii Gogoli przeniesienie się na nową posadę. Maria zabrała ze sobą do Czermina swoją bratanicę, również Marię. Mieszkała i pracowała tam do śmierci w 1975 roku. Ks. Jan sprowadzał do roboty w czermińskim gospodarstwie ludzi tak z Muchówki, jak i Ołpin, z rodziny Jaroszów i Gogolów. Bywało, że przyjeżdżający na krócej lub dłużej zapoznawali się i wchodzili w związki małżeńskie. Gospodarstwo nie było w najlepszym stanie, kiedy obejmował je ks. Jarosz. Dźwiganie go z zaniedbania napotkało przeszkodę w postaci wielkiej powodzi w 1934 roku, w czasie której Wisła zalała wiele terenów, wsi i pól, oszczędzając m.in. Czermin, który nagle stał się wyspą. Nie było wówczas służb, które zajęłyby się ratowaniem ludzi i dobytku. Na pomoc w pierwszych dniach tragedii nie było co liczyć. Ks. Jan wpadł na pomysł, żeby robić to samemu. Pływał z pomocnikami na łódce piaskowej do okolicznych wsi i zalanych domostw. Woził ze sobą beczkę z czystą wodą, chleb i coś do niego, jednak najważniejszym darem była… nadzieja. Choć ludzie bali się angażować w pomaganie, bo wyglądało to na prowizorkę i igranie z życiem, w końcu pomagali. Bywało, że z zalanych wiosek przywozili do Czermina zmarłych, żeby pochować ich na miejscowym cmentarzu. Trwało to z kilkanaście dni, zanim pojawiło się wojsko, które kontynuowało akcję ratunkową. Kiedy żołnierze zobaczyli skalę pomocy udzielonej powodzianom przez ks. Jarosza, wystąpili o odznaczenie duchownego Złotym Krzyżem Zasługi. Otrzymał go w 1934 roku.

Dziękujemy, że z nami jesteś

To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.

Czytasz fragment artykułu

Subskrybuj i czytaj całość

już od 14,90

Poznaj pełną ofertę SUBSKRYPCJI

Masz subskrypcję?
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.
« 1 »