Jaśniała w życiu światłem, które promieniowało na innych uśmiechem Pana Boga. Sama śmierci się nie bała. Zrezygnowała z medycyny dla zakonnego powołania.
W minioną niedzielę w Tuchowie odbył się pogrzeb s. Stelli Setlak - służebniczki dębickiej, pochodzącej z parafii pw. Krzyża Świętego w Tarnowie. Zmarła w 52. roku życia zakonnego. Dla tego powołania zrezygnowała z wolnego wstępu na medycynę po ukończeniu liceum medycznego w Tarnowie. Przez 33 lata pracowała jako pielęgniarka i oddziałowa w włoskiej klinice Villa Margherita w Rzymie na oddziale onkologicznym. Kiedy rok temu sama zachorowała na nowotwór, doskonale wiedziała, czym jest ta choroba i co ją czeka, ale śmierci się nie bała. Mówiła, że Jezusowi swoje życie oddała i jest gotowa na spotkanie z Nim. Choroba nie zabrała jej ani uśmiechu, ani pokoju w sercu. Jaśniała przez całe swoje życie światłem nie z tego świata.
Kiedy rok temu sama zachorowała na nowotwór, doskonale wiedziała, czym jest ta choroba, ale ta nie zdołała jej odebrać ani uśmiechu, ani pokoju serca.
arch. "Gościa Tarnowskiego"
To biskup polowy Wojska Polskiego Wiesław Lechowicz, który przewodniczył Mszy św. pogrzebowej w Kościele św. Jakuba w Tuchowie, zwrócił uwagę na jej imię zakonne, mówiąc, że Stella to znaczy Gwiazda. Poznali się w Rzymie, kiedy tam studiował. Mówił, że jaśniała w życiu światłem, które promieniowało na innych. W Rzymie s. Stella zetknęła się także z Ruchem Focolare. I ten charyzmat stał się jej bliski. Bliscy też stali się jej ludzie należący do ruchu, z wieloma się przyjaźniła. I oni także przyjechali na jej pogrzeb, nawet ze Śląska.
Jej bliska relacja z Jezusem przyciągała do Niego innych ludzi. Wiele jej świadectwu życia zawdzięcza ks. Sławomir Czub, jej siostrzeniec. Kim była dla niego? - Tytanem ducha. Podziwiałem ją za jej niezwykły uśmiech, zawsze obecny na jej twarzy. Pamiętam, jak jako małe dziecko zadałem jej pytanie o to, kto jest jej mężem. Odpowiedziała, że wzięła ślub z Panem Jezusem. Z wypiekami na twarzy czekało się, jak przyjedzie na urlop, jak zadzwoni w niedzielę po południu, z każdym chciała się usłyszeć, pogadać. I była zawsze gotowa, by podzielić się z nią wieloma problemami, kłopotami, które z pomocą Bożej łaski potrafiła mądrze rozwiązać - mówi jej siostrzeniec.
Zauważa, że była kobietą niezwykłej empatii, intelektualnie nieprzeciętną, nade wszystko oddaną Panu Bogu i drugiemu człowiekowi, szczególnie cierpiącemu. Dla takich ludzi starała się być „promieniem Bożego uśmiechu”. „Panie Jezu, ukryty w tajemnicy siostry, brata, niosących z Tobą krzyż, spraw, bym miała serce Twojej Matki, do której można przyjść tak po prostu, mimo obdartego ubrania, zabłoconych butów, zszarganej duszy; żeby tam mógł wejść każdy, bez onieśmielenia - i spotkać Ciebie - ciągle oczekującego Boga” - modliła się i jedno z takich spotkań opisała. Można o nim przeczytać tutaj: Ofiarność i dyspozycyjność.
- Podziwiałem to, że jest blisko Jezusa. Chciałem być tak blisko Niego jak ona. Rozmawialiśmy o powołaniu, o kapłaństwie. I pewnie, gdyby nie ona, jej wsparcie i modlitwa, nie byłbym księdzem. Przed śmiercią powiedziała mi, że cieszy się i dziękuje za to, że mogła mi towarzyszyć w moim dorastaniu, dojrzewaniu i pierwszych latach mojego kapłaństwa. Przed śmiercią powiedziała mi też, żebym nie płakał za nią, bo ona zabierze mnie ze sobą, i wierzę, że będzie z całą naszą rodziną w tajemnicy świętych obcowania - mówi ks. Sławomir Czub.
Siostra Stella Setlak zmarła w piątek 17 kwietnia 2026 roku o świcie. Wtedy usłyszała po raz drugi „Pójdź za Mną”. I poszła, gotowa na to spotkanie. Bóg ją wezwał do siebie w roku złotego jubileuszu swoich pierwszych ślubów zakonnych, a jej życie był dla innych, zwłaszcza cierpiących, promieniem Bożego uśmiechu”, cenniejsze od złota.