Od CERN-u do kazachskiego stepu

Szukał prawdy w fizyce cząstek elementarnych, filozofii. Znalazł ją w Kościele i głosi na kazachskim stepie. Krzysztof Kaczmarczyk - świecki misjonarz z Nowego Sącza - o drodze do Ałma-Aty.

Grzegorz Brożek: Kiedy kwestował Pan na budowę kościoła w Kazachstanie w Nowym Sączu przyznał Pan, że wróciły wspomnienia.

Krzysztof Kaczmarczyk: To było w parafii pw. Matki Bożej Niepokalanej. Z niej pochodzę. Przypomniałem sobie czasy, kiedy jako małe dziecko pomagałem przy budowie tego kościoła. Pamiętam, jak taczkami woziliśmy cegły. To była era księdza Rogoziewicza, który udzielał ślubu moim rodzicom. Może to właśnie wtedy, nie wiedząc o tym, uczyłem się, że Kościół buduje się własnymi rękami.

Pana dzieciństwo nie było jednak typowo „sądeckie”. Szybko trafił Pan w miejsca, o których inni czytają tylko w podręcznikach do historii Kościoła.

To prawda. Jako dziecko wyjechałem z rodziną do Algierii na dwa i pół roku, ponieważ mój tata, architekt, był tam na kontrakcie. Mieszkaliśmy niedaleko Tagaste (dzisiejszego Souk Ahras), czyli miejsca, gdzie urodził się św. Augustyn. Mieliśmy też polską szkołę. Na moich świadectwach wciąż widać pieczątki z Hippony, gdzie ten święty doktor był biskupem. I to zderzenie z inną kulturą – zwłaszcza z islamem – już wtedy zasiało we mnie pytania, które nie dawały spokoju: „Czy gdybym urodził się w tamtej kulturze byłbym muzułmaninem? Dlaczego być chrześcijaninem?” To pytania, które wróciły do mnie ze zdwojoną siłą w liceum. I choć mogę powiedzieć, że wiele zawdzięczam sądeckiej parafii kolejowej, przy której się wychowywałem, odpowiedź na nie przyszła dopiero wraz z katechezami Drogi Neokatechumenalnej. To tam po raz pierwszy usłyszałem, że chrześcijanin to ten, kto ma miłość do nieprzyjaciół. Co więcej, ta miłość, o której słyszymy w Szema, jest nie tyle przykazaniem – „musisz kochać”, co obietnicą – „będziesz kochał Pana Boga swego. I Ja to w tobie zrealizuję”. To było dla mnie kluczowe odkrycie. Jego się uchwyciłem.

Zanim jednak wyjechał Pan na misje, próbował Pan zrozumieć świat przez naukę. Fizyka cząstek elementarnych dawała taką szansę?

Zawsze szukałem odpowiedzi. Korciła mnie prawda. Wszystko zaczęło się od atlasu geograficznego, potem była fascynacja skalą makro, a więc astronomią oraz mikro, a więc chemią, fizyką, aż po cząstki elementarne. Marzyłem, żeby pracować w szwajcarskim CERN-ie. Udało mi się tam nawet pojechać jeszcze w liceum (po Europie jeździłem rzecz jasna „na stopa”). W trakcie zwiedzania ogólnodostępnej wystawy, prześlizgnąłem się do ośrodka naukowego i zacząłem rozmawiać z naukowcami. Skończyło się na tym, że jeden z nich oprowadził mnie nawet po akceleratorze. Pamiętam potężne pole magnetyczne detektora, które zakrzywiało obraz na ówczesnych ekranach kineskopowych. To było niesamowite.

Miał Pan świat nauki na wyciągnięcie ręki. Dlaczego Pan zrezygnował?

Nauka, choć fascynująca, nie odpowiadała na moje, coraz to dalej idące, pytania o sens: „po co to wszystko?” Dlatego zamiast astrofizyki wybrałem filozofię przyrody nieożywionej na KUL-u. Na sekcji było nas tylko siedem osób. Śmieję się, że przeszedłem drogę jak Grecy: od kosmosu do Sokratesa pytań o człowieka i o dobro. Po roku było mi mało i przeszedłem na filozofię teoretyczną. Do dziś pamiętam pewien wykład prof. Stefana Świeżawskiego, jednego z dwóch świeckich audytorów Soboru Watykańskiego II.    Ten człowiek łączył w sobie mądrość i świętość. Potem były domowe seminaria u państwa Świeżawskich w Warszawie. Takiego przyjęcia i dobroci jak u nich chyba nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Może poza spotkaniem z Janem Pawłem II w Watykanie, do którego trafiłem praktycznie z ulicy. To była jakaś niesłychana obecność. Bardzo mnie to wszystko pociągało.

Skończyło się na KUL-u?

Nie. Jeszcze w trakcie studiów przez kilka lat studiowałem też we Francji, we Wspólnocie Świętego Jana – to tacy kuzyni dominikanów. Toczyłem wewnętrzną batalię, czy to aby nie moje powołanie. Po okresie próby, ostatecznie wróciłem do Polski, skończyłem studia i zamieszkałem w Krakowie. Tam spotkałem profesora Karola Tarnowskiego, który zachęcił mnie do napisania doktoratu. Pisałem go z filozofii daru – trochę o Marionie, trochę o Derridzie, trochę o Maussie. I żeby przy tym intensywnym wysiłku intelektualnym zachować równowagę ducha, zacząłem pomagać w kuchni św. siostry Faustyny przy parafii Miłosierdzia Bożego na Osiedlu Oficerskim w Krakowie. Najpierw nosiłem obiady, potem pomagałem przy gotowaniu, wreszcie jeździłem jako kierowca po towar. Ta współpraca trwała kilkanaście lat. To był mój drugi dom.

Jak to się stało, że doktor filozofii i naukowiec trafia do Ałma-Aty?

Wszystko za sprawą wspomnianej już Drogi Neokatechumenalnej, na którą wszedłem jako 17-latek. Przez kilka ostatnich lat zgłaszałem w tej wspólnocie, że jestem gotowy do misji. A że najwyraźniej nie był to dobry moment, a mnie trochę „nosiło”, zacząłem łączyć własne podróże z różnego rodzaju wolontariatami. I tak w Zambii brałem udział przy tworzeniu muzeum kultury Tonga, w Suchumi pomagałem przy półkoloniach dla miejscowych dzieci, a ostatnio zaangażowałem się też w rekolekcje dla polskiej młodzieży na Ukrainie. Jednocześnie tłumaczyłem filozoficzne teksty z francuskiego, uczyłem etyki w szkole i trochę wykładałem na UJ. Tak było przez kilka dobrych lat. W końcu, w czerwcu ubiegłego roku, we wspólnocie padło hasło: „Kazachstan”. Usłyszałem: „Krzysiek, myśleliśmy o tobie, czy nie chciałbyś pojechać razem z ks. Andrzejem Szczęsnym, kilkoma rodzinami i świeckimi do Ałma-Aty? Tam utworzycie wspólnotę, budując Kościół od zera. Tzw. misja ad gentes. Macie być znakiem Chrystusa dla otoczenia. Jak pierwsi chrześcijanie, o których mówiono: popatrzcie, jak oni się miłują”. Zgodziłem się bez wahania.

Ałma-Ata to ogromna metropolia. Jak wygląda tam Pana codzienne życie misyjne?

Tak, to są prawie 3 miliony ludzi i ogromne korki. Jesteśmy tam na razie w trójkę: ks. Andrzej Szczęsny, ja i Natalia, pochodząca z Rosji świecka reżyserka – ona zresztą nakręciła kiedyś film „Jezioro”, rozmawiając z żyjącymi jeszcze świadkami wydarzeń z Oziornoje. Razem z ks. Andrzejem wynajmowaliśmy mieszkanie w bloku. Ponieważ prawo w Kazachstanie zabrania publicznych zgromadzeń religijnych we własnym domu, mogliśmy mieć tylko małą prywatną kaplicę. Urządziliśmy ją… na przeszklonym balkonie. Tam odprawialiśmy Msze Święte.

Macie przed sobą cały czas karkołomne zadanie – reaktywację parafii, która zniknęła z powierzchni ziemi ponad sto lat temu.

Tak, biskup José Luís Mumbiela Sierra poprosił nas o pewien „drobiazg”, a mianowicie o „wskrzeszenie” parafii św. Michała Archanioła. Parafia ta istniała między 1905 a 1923 rokiem i służyła głównie Polakom wcielonym do armii carskiej, może też pracującym przy budowie kolei – tego do końca nie wiemy. Przetrwała trzęsienia ziemi, lawinę kamieni, nie przetrwała bolszewików. Dzięki wizycie papieża Franciszka w 2022 roku, muzułmańskie władze – chcąc okazać swoją życzliwość – zgodziły się na zarejestrowanie dwóch nowych parafii, w tym właśnie naszej. Jej proboszczem został ks. Andrzej.

Problem w tym, że ta parafia istnieje obecnie tylko „na papierze".

Właśnie dlatego teraz jesteśmy w Polsce. Szukamy funduszy, bo na miejscu nie mamy jeszcze nic – ani budynku, ani działki. W zależności od ostatecznej decyzji biskupa będziemy albo budować kościół od zera, co przy cenach nieruchomości w szybko rozwijającej się Ałma-Acie jest niezwykle kosztowne, albo kupimy jakiś dom i zaadaptujemy go do naszych potrzeb. Mamy taki jeden na oku. Chcielibyśmy, żeby to miejsce było widoczne – może uda się postawić krzyż na zewnątrz, żeby ludzie wiedzieli: tu jest misja. Nie jest to jednak łatwe. Żeby budynek miał przeznaczenie sakralne potrzeba zgody nie tylko władz miasta, ale i sąsiadów. Musimy uzbroić się w cierpliwość.

Jak wygląda zbieranie funduszy w Polsce?

Jeździmy po całej Polsce od grudnia – każdy co niedzielę do innej parafii. Zaskakuje mnie jedno: słowo „Kazachstan" działa jak klucz, który otwiera polskie serca. Dużo osób ma rodziny, które były zsyłce, albo pamięta repatriację Polaków w latach dziewięćdziesiątych. Kazachstan nie jest dla Polaków abstrakcją – to część naszej historii.

Skoro mowa o Polakach – ilu ich dziś jest w Kazachstanie?

Z tego, co wiem, na 21 mln obywateli tego państwa, do polskiej narodowości przyznaje się dziś około 30–35 tysięcy osób, a polskiego pochodzenia jest blisko 100 tysięcy. Ale to bardziej na północy – okolice Karagandy i Oziornoje. W Karagandzie, oprócz zamieszkałej niegdyś przez przesiedlonych tam Niemców dzielnicy „Mały Berlin" z dawną katedrą, jest też „Michajłowka” nazywana „Małą Warszawą". Zresztą nieopodal posługują polscy marianie.

Jak wygląda Kościół w samej Ałma-Acie?

Katedra Świętej Trójcy, zbudowana przez franciszkanów, to jedyny katolicki kościół z prawdziwego zdarzenia – tam gromadzi się najwięcej wiernych. Msze św. są po rosyjsku. Jest też parafia św. Józefa, w dawnej drewnianej restauracji. Tutaj dodatkowo liturgia jest sprawowana po angielsku – dla turystów – i po… koreańsku, dla Koreańczyków, którzy przyjechali do tej dawnej stolicy w celach biznesowych. Jest jeszcze była nuncjatura apostolska z kaplicą biskupią i mały domek, gdzie mieszkają siostry Matki Teresy z Kalkuty. Wszystko to, by służyć katolikom, których tu jest niespełna 1 procent, czyli jeśli dobrze liczę, prawie 25 tysięcy. Najpierw trzeba by te owieczki odszukać. Stąd pomysł, by nasza parafia powstała daleko od dotychczasowych miejsc kultu, przy końcowej stacji metra.

Czy w Kazachstanie w ogóle wolno ewangelizować?

Tamtejsze prawo nie pozwala nam manifestować wiary na zewnątrz, czyli np. rozdawać ulotek ani mówić o Chrystusie na uniwersytetach. Co ciekawe zasady te dotyczą także muzułmanów, stąd nie widać ich modlących się na ulicach. Jednocześnie Kazachstan nie jest państwem wyznaniowym. Chce być raczej miejscem spotkań otwartym na różne kultury i religie. Owszem, jeśli będziemy mieli kościół, w środku możemy się modlić i nauczać. Ale na przykład procesja Bożego Ciała na zewnątrz, czy akcje ewangelizacyjne na placach są wykluczone. Dlatego myślimy o formach pośrednich: klub filmowy, wydarzenia kulturalne, spotkania otwarte. Na takich spotkaniach rozmowa zaczyna się sama. Ludzie są ciekawi.

Czy to przynosi efekty?

W jednym z tamtejszych kościołów protestanckich na spotkania przychodzi wielu rdzennych Kazachów – pewnie muzułmanów z urodzenia. Sam spotkałem kiedyś muzułmańskie studentki w naszej katedrze, interesowało je jak się modlimy. Poza tym nie można zapominać że prawie jedna piąta mieszkańców to prawosławni. Chrześcijaństwo jest więc tam obecne, a islam jest raczej łagodny. I tak np. kobiet w muzułmańskich chustach spotyka się może 5–10 procent. Reszta ubiera się po europejsku.

Ciekawostką jest sama nazwa miasta…

Tak, Ałma-Ata znaczy „ojciec jabłek". I to nie tylko poetycka nazwa – to stąd pochodzą jabłka. Do dziś w okolicznych lasach, u stóp górującego nad miastem pasma Tien-Szan, rośnie dzika odmiana jabłek o nazwie malus sieversii – jest ona ponoć źródłem genomu wszystkich jabłoni na Ziemi. Kazachowie żartują, że skoro tak, to biblijny raj musiał być u nich. Tak na marginesie Księga Rodzaju nie mówi wcale o jabłku, ale o owocu. Adamowe jabłko powstało znacznie później, gdy w średniowieczu zaczęto malować rajskie sceny. A że po łacinie malus to jednocześnie jabłko i zło, o skojarzenie nie było trudno. Choć jest tu pięknie, raj był jednak chyba gdzie indziej…

Wspomniał Pan o Oziornoje. To dla Polaków szczególne miejsce.

Bardzo szczególne. Oto w zimie 1941 roku polscy zesłańcy, zostawieni sami sobie na bezkresnym stepie, byli skazani na pewną śmierć głodową. Modlili się. I oto 25 marca – dokładnie w dzień Zwiastowania – zaczęło na ich oczach powstawać jezioro z topniejących śniegów. Najpierw małe, potem coraz większe. Dość szybko okazało się, że w tym jeziorze są ryby. Dużo dorodnych ryb. Byli uratowani. Ryb było tyle, że otworzono tam zakład przetwórczy, a nawet wożono je do odległej Karagandy. Opatrzność Boża ich nie zostawiła. Po latach, wdzięczni Bogu mieszkańcy, wybudowali tam kościół – dziś jest to Narodowe Sanktuarium Maryjne Kazachstanu.

Stąd obraz Matki Bożej, z którym Pan podróżuje?

Tak. Podróżuję z wizerunkiem Maryi, Matki Wielkiego Stepu, który znajduje się właśnie nad brzegiem owego jeziora, niedaleko obecnych tam sióstr karmelitanek. Namalował go rodowity Kazach – co ciekawe – muzułmanin. Tryptyk, którego jest częścią, poświęcił papież Franciszek podczas swojej wizyty w stołecznej Astanie w 2022 roku. I jakoś ta Matka Boża nam patronuje w tych zbiórkach. Zawsze mówię: Kazachstan jest ziemią, o której Bóg nie zapomniał.

Co jest najtrudniejsze w tej misji?

Był pewien moment, gdy doszedłem do granic swoich możliwości. Ale wtedy przyszła łaska i pokój. I nowa siła. Doświadczenie misji poszerza serce, uczy kochać tych, których sami byśmy nie wybrali, a których Bóg stawia na naszej drodze. „Będziesz kochał…”.

Poza tym jest też pewne poczucie nieproporcjonalności własnych działań w stosunku do ogromu zadań, które przed nami stoją. Weźmy choćby to nasze obecne „ciułanie". Potrzebujemy kwot, przy których to, co zebraliśmy, to nadal tylko kropla. Możemy liczyć tylko na wsparcie „z góry”.

Jak długo zamierza Pan tam zostać?

Nie mam podpisanego kontraktu. Przed wyjazdem powiedziano mi: „Krzysiek, jak zobaczysz, że to już nie jest twój czas, po prostu daj znać, możesz wrócić. Nic na siłę, ale w wolności”. A zatem zobaczymy: może rok, może wiele lat. Ksiądz Andrzej Szczęsny, z którym tam jestem, był już kiedyś w Kazachstanie – przez kilkanaście lat, w Karagandzie. Wie, że bez wiary w Opatrzność to wszystko nie ma sensu. Tak więc i ja nie martwię się o to. Jeśli to Jego dzieło, On sobie poradzi. „Pan Bóg przewidzi”.

Więcej informacji na stronie parafii św. Michała Archanioła w Ałma-Acie: www.sv-michail-almaty.kz. Tam też można się dowiedzieć, jak można tę parafię wesprzeć.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..