Andrzej Lis pochodzi z Tarnowa. Miał niecałe 18 lat, kiedy szwagier przyniósł wiadomość, że w Tarnowie na Azotach był wypadek i potrzeba krwi. Pojechali razem do szpitala. Doktor spojrzała na wysokiego, zdrowego chłopaka i zrobiła wyjątek. Wtedy oddał krew po raz pierwszy. – Tej daty chyba żaden krwiodawca nie zapomni. W moim przypadku był to 17 sierpnia 1974 roku – mówi A. Lis. Pierwsze oddanie: 200 mililitrów, szklana butelka, korek, igła w żyłę. Inny świat niż dziś. Na początku powodowała nim nie tylko naturalna chęć pomocy, ale i ciekawość, także nie bez znaczenia były bonusy – dzień wolny czy też tabliczki czekolady. Ale nie te rzeczy sprawiły, że wracał przez pięć dekad. Przełom przyszedł półtora roku po pierwszym oddaniu. Kolega Andrzeja leżał w tarnowskim szpitalu. Przy łóżku sąsiedniego chorego wisiała butelka z krwią, potem kolejna. Zapytał o to pielęgniarkę. „Gdyby nie ta krew, to tego pana już by tutaj nie było” – usłyszał. Kiedy wyszedł, usiadł na ławce i w duchu, jak sam mówi, powiedział: „Panie Jezu, jeżeli jest taka Twoja wola, jeżeli mi pomożesz, to ja jestem gotowy”. Słowa dotrzymał. Przez pięć dekad systematycznie, kilka razy w roku oddawał krew. Łącznie zrobił to 228 razy, oddał 102 litry. Wystarczyło, żeby trafić do Księgi Rekordów Guinnessa – A. Lis jest oficjalnym rekordzistą świata w honorowym oddawaniu krwi pełnej. Prosta matematyka. Z jednej donacji można uratować zdrowie lub życie trzem osobom. Wychodzi prawie 700 osób, których twarzy nigdy nie widział i których imion nie zna. – Jeżeli cokolwiek z tego miałem, to satysfakcję, że robię coś dobrego – mówi. Zdarzyło się, że oddawał krew, będąc w Niemczech. – Nie wiedzieli, co zrobić, kiedy usłyszeli, że ja honorowo, że nie chcę ani jednej marki – wspomina wydarzenie w czasie, kiedy Niemcy płacili za krew.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








