• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Wszystko dla Marcina

    Grzegorz Brożek


    |

    Gość Tarnowski 46/2012

    dodane 15.11.2012 00:00

    Jedenastoletni 
Marcin Owsianka 
z Jazowska 4 czerwca tego roku pamięta doskonale. To bodaj najtrudniejszy dzień w jego życiu. Ale też przełomowy. 


    Owsiankowie mieszkają ze trzy kilometry od kościoła w Jazowsku niedaleko Łącka. Żyją skromnie. Małgorzata z trójką dzieci od prawie półtora roku, kiedy zmarł jej niespełna 50-letni mąż, są sami. Co się wydarzyło 4 czerwca? – Wróciłem ze szkoły i poszedłem na górę. Mama w kuchni robiła frytki. Zszedłem na dół i zobaczyłem, że drzwi otwarte, a mama leży nieprzytomna. Zapalił się garnek z gorącym olejem. Próbowałem mamie sztuczne oddychanie robić, ale nie reagowała – dziś Marcin bardzo rzeczowo wraca do tamtych wydarzeń. Wziął zatem palący się garnek, aby go wynieść. Nieszczęśliwie potknął się na progu i wylał olej na siebie. Jego ubranie zaczęło się palić i częściowo topić. – Rzuciłem się na ziemię i machałem rękami i nogami, aby się ugasić. Potem wyrzuciłem ten garnek, zgasiłem ogień na ganku i wyciągnąłem na zewnątrz mamę – dodaje. Gdy już było po wszystkim helikopterem Marcina przewieziono do Prokocimia. Groziła mu amputacja poparzonych nóg. Dwa miesiące leżał w szpitalu. Były przeszczepy skóry, ból, leki, teraz rehabilitacja.


    Pospolite ruszenie
    – Ta historia zwróciła uwagę wielu ludzi na rodzinę i trudne warunki, w jakich żyją – mówi ks. Mirosław Papier, proboszcz z Jazowska. Domek jest mały, z pięterkiem, ale bez klatki schodowej – na górę wchodziło się po drabinie. Przy budowie domku nie starczyło środków, więc ganeczek, w którym stała drabina, był dotąd z drewna. W zimie ciepło rozchodziło się z węglowego pieca i rozstawionych grzejników olejowych. – Nigdy w życiu nikt mi specjalnie nie pomagał. Sama wstydziłam się zawsze do kogokolwiek po cokolwiek iść. Żyliśmy biednie, skromnie, ale dawaliśmy sobie jakoś radę. Chleba nam nigdy nie brakowało – opowiada pani Małgosia. Kiedy stało się głośno o wypadku, ks. Ryszard Podstołowicz, dyrektor Caritas Diecezji Tarnowskiej, kontaktował się z parafią w sprawie koniecznej pomocy. – Myśleliśmy o leczeniu, rehabilitacji – mówi. – Żeby pomóc w tym Marcinowi, ludzie zebrali w Łącku prawie 2 tys. zł w czasie koncertu. Ponad 3 tys. zebrało także Stowarzyszenie Nowosądecka Wspólnota z Nowego Sącza. Na leki dla niego ma też jakieś pieniądze bank w Łącku – mówi Małgorzata Owsianka. – Okazało się, że rodzinie potrzebna jest też inna pomoc – mówi ks. Papier. W sierpniu wymienił w ich domu rozlatujące się okna na piętrze. Kiedy zapytał, co jeszcze by się tu przydało, pani Małgosia nie miała wątpliwości: ogrzewanie na zimę.


    Złote serce pielgrzyma
    – W tym roku pierwszy raz na Pieszej Pielgrzymce Tarnowskiej był Dzień Caritas. Na Mszach św. mówiłem kazania, wspominałem o wyjątkowym przykładzie dojrzałości, odwagi, świadectwie miłości Marcina. W porozumieniu z kierownictwem pielgrzymki na pomoc państwu Owsiankom przeznaczyliśmy tzw. tacę z tego dnia – opowiada ks. Podstołowicz. Ofiarność pielgrzymów była wielka. Zebrano 7 tys. złotych. Caritas dołożyła jeszcze 5 tys. i zakupiono kompletny zestaw do centralnego ogrzewania, od pieca po najmniejszą śrubkę. 5 listopada zaczęła się budowa ganku. Na to pieniądze zbiera pani Katarzyna, dalsza sąsiadka Owsianków – Mój tata zawsze mówił, że nie wolno obok potrzebującego przejść obojętnie. Tym bardziej że pani Małgosia to bardzo pracowita osoba, bardzo zaradna... I dzieci takie grzeczne. Wiadomo, że na dobry cel idą pieniądze – dodaje. W ganku będzie kotłownia i klatka schodowa na piętro. W domu będzie ciepło. – Bardzo za wszystko dziękuję. Nie jestem nauczona brać. A tu tyle dobroci od tylu ludzi... – mówi pani Małgosia, ocierając łzy. Nie ma niestety stałej pracy. Aby utrzymać rodzinę, podejmuje roboty dorywcze. – Ostatnio przy jabłkach zarobiłam tyle, że kupiłam tonę węgla na zimę i dzieciom buty – przyznaje. W zimie sezon na takie prace się jednak kończy. – Jeśli ktoś miałby zatrudnienie dla naszej pracowitej pani Małgosi, to byłaby to także konkretna pomoc dla rodziny – mówi ks. M. Papier. Marcin tymczasem wraca do zdrowia. Nosi specjalne opatrunki. Uśmiecha się coraz częściej. Liczy, że może za parę miesięcy będzie grał z innymi kolegami ministrantami w ulubioną nogę.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół