• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Droga do seminarium

    ks. Zbigniew Wielgosz

    |

    Gość Tarnowski 20/2013

    dodane 16.05.2013 00:00

    Powołani. Młodzi ludzie, którzy rok temu zdawali maturę, właśnie kończą rok wszechstronnej formacji, czekając na następców.

    Wyższe Seminarium Duchowne przy ul. Piłsudskiego 6. Kwitnie wielki kasztan w kamiennym zakolu przed Domem Alumna. Przypomina się czas matur, które właśnie trwają w mieszczącym się obok I LO. Krzysiek Pach i Krzysiek Fejkiel zdawali maturę rok temu. Już wtedy myśleli o przyjściu do seminarium. Wybrali tarnowskie, bo rodzime, swojskie. – Informacji o nim szukałem w internecie, ale najlepszym źródłem byli księża Paweł Król i Leszek Wąchała. To oni pomogli wybrać, bo ich obserwowałem, patrzyłem, jak pracują z młodymi, jak się modlą. Mają różne charaktery i to też pomogło się zdecydować, bo okazuje się, że Pan Bóg nie chce jednakowych – mówi Krzysiek Pach. Jego rówieśnik, też Krzysztof, przeżywał rok temu trudną sytuację. – Zmarła moja mama, ale jakoś odkryłem wtedy Chrystusa i to że On działa w moim życiu. Pewnie stało się to też za sprawą ks. Łukasza Matyki, który w tamte dni pocieszał dobrym słowem, współczuciem, radą. Myślę, że to też pomogło wybrać drogę do seminarium. „Za” były słowa: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”, przeciw moje niedoskonałości, jednak „za” okazało się silniejsze od „przeciw” – opowiada Krzysiek Fejkiel.

    Kapłańskie wzory

    Przykład księży podziałał na Bartka Stukusa, który maturę zdawał dwa lata temu i ma już za sobą rok psychologii na UJ. – Byłem ceremoniarzem, opiekowałem się liturgiczną służbą ołtarza w mojej parafii. Widziałem dobrą współpracę wikarych z proboszczem. Widziałem jak wikarzy, a szczególnie ks. Henryk Brdej i ks. Piotr Cebula, pracują z ministrantami, lektorami, młodymi. Zauważyłem, że choć nie mogą założyć rodziny, to są przez ludzi kochani i dla wielu ważni, ale jakoś nie myślałem, żeby pójść w ich ślady – przyznaje Bartek. Na UJ zetknął się z nauką inną niż w szkole i z innym życiem. Studenckim. Nie spodobała mu się jednak psychologia, zwłaszcza ta, która widziała w człowieku maszynę łatwą do naprawienia. Raził go zbytni luz rówieśników w podejściu do tradycyjnych wartości jak honor, przyjaźń, wiara. – Jakby nic w życiu nie było na tyle ważne i wiążące, żeby tego nie zlekceważyć czy złamać – dodaje. W czasie wakacji po I roku psychologii zdecydował. Jest w seminarium.

    Zastanów się nad życiem!

    Tomek Kołodziejski myśl o seminarium wkładał między bajki, uważając to za coś nierealnego. Chętnie angażował się w działalność parafialnego i diecezjalnego KSM. Znał wielu księży. Maturę zdał 4 lata temu. Zaczął studiować zaocznie prawo, więc mógł dalej działać w parafii. – Wydawało się, że jest super. Studiowałem już 2 lata w Krakowie. Miałem dziewczynę. Jednak ciągnęło mnie w stronę pracy z ludźmi w Kościele, przybliżania ich do Boga. Ciągle odczuwałem jakiś brak. Miałem na przykład mało czasu na modlitwę, choć starałem się być cztery razy w tygodniu na Mszy św. Znajomemu księdzu powiedziałem w końcu, że chyba zakończę studia, a on rzucił: „zastanów się nad swoim życiem”. Więc się zastanowiłem i przyszedłem do seminarium – opowiada. Ale nie od razu. Najpierw, po rzuceniu prawa, zdecydował się przyjść na administrację w Tarnowie. – Stanąłem przed bramą PWSZ i minąłem ją, aż doszedłem do seminarium. Ksiądz rektor przyjął mnie, choć byłem w krótkich spodenkach i podkoszulku – dodaje. Został wpisany na listę kleryków, ale na rozpoczęciu roku się nie pojawił. – Jakoś nie mogłem się zdecydować. Jednak podczas Mszy św. w kaplicy w Wał-Rudzie, po Drodze Krzyżowej śladami bł. Karoliny, patrzyłem na krzyż i usłyszałem słowa: „Co tu robisz? Nie jesteś już tu potrzebny” – mówi. Postanowił wrócić do seminarium, musiał jednak poczekać cały rok, żeby ostatecznie podjąć decyzję.

    Spod chóru

    Chłopakiem „spod chóru” był Sławek Zaranek. Matura 4 lata temu, studia z filologii angielskiej na PWSZ w Tarnowie. Zagubiony, z niskim poczuciem własnej wartości, z problemami w domu. – Nie byłem areligijny, chodziłem regularnie do kościoła, ale to wszystko było jakieś... bez relacji. Studia były czasem zmian – opowiada. Pierwszą spowodowała piesza pielgrzymka, na której poznał radosnych, otwartych rówieśników. Do drugiej przyczynił się konfesjonał. – Spotkałem w nim księdza, przez którego – jestem przekonany – przemówił do mnie Bóg – wyznaje. Do spowiedzi chodził nawet co tydzień. Ksiądz stał się jego kierownikiem duchowym. Dzięki niemu przeżył spowiedź generalną, która odmieniła jego życie, choć bez wielkiego uniesienia. Zaczął się więcej modlić, regularnie czytać Pismo Święte, lepiej przeżywać obecność w kościele. Zauważył, że zaczęły się poprawiać jego relacje w domu, stawał się coraz szczęśliwszym człowiekiem, bardziej wolnym, pewnym siebie, czującym swoją wartość, radosnym i otwartym. Potem były rekolekcje, pielgrzymki, duszpasterstwo, grupa apostolska. Wtedy też zrodziła się myśl o kapłaństwie i pytanie, czy Pan Bóg nie chce ode niego czegoś więcej. Nie było łatwo podjąć decyzję. – Poznałem dziewczynę, rewelacyjną, cudowną, bardzo rozkochaną w Bogu. Mój kierownik, chcąc pomóc mi rozeznać, co mam robić, polecił odprawić nowennę z prośbą o rozeznanie. Pewnej nocy, leżąc na dachu i patrząc na gwiazdy, modliłem się i pojawiły się słowa z piosenki Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej: „co ważniejsze jest, dać wiele czy dać wszystko”. Chcę dać wszystko – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół