• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Wykrzykiwały: „Precz od Boga!”

    Beata Malec-Suwara


    |

    Gość Tarnowski 10/2016

    dodane 03.03.2016 00:15

    W obronie krzyży. Mówiło o tym Radio Wolna Europa. Był wrzesień 1956 roku. Kobiety z Łoponia ruszyły bronić krzyży w szkole.


    W Łoponiu, tak jak w wielu polskich miejscowościach, doszło do gwałtownych protestów w obronie krzyży. Zwykli ludzie, nazywani w urzędowych dokumentach „elementem sfanatyzowanym”, „wstecznictwem, ciemnotą i zacofaniem”, przeciwstawiali się władzy, która dysponując potężnym aparatem represyjnym, podjęła się zaplanowanej ateizacji społeczeństwa.


    Nie wróciły już do domu


    
– Pamiętam, jak ktoś przybiegł do naszego domu i krzyknął: „W szkole ściągają krzyże!”. Mama szybko pobiegła na miejsce. Nie wróciła już tego dnia do domu – wspomina Barbara Malec z Łoponia. Miała wtedy 8 lat. Był wrzesień 1956 roku. W akcję obrony krzyży zaangażowało się wiele miejscowych kobiet, także młodych, niemających dzieci. Stanisława Pabian, wtedy Senderak, pamięta, jak wróciła z pracy. Pozostali domownicy poszli w pole, ona miała zająć się dziećmi siostry. – Kumórkowa zawołała mnie: „Stasiu, chodź szybko, przyjechała milicja do szkoły, będą krzyże zdejmować”. Zostawiłam dzieci i poleciałam. Wróciłam dopiero po miesiącu – wspomina.


    Kobiety jak jeden mąż


    Pod szkołę podjechała tzw. paka, wysiedli z niej cywilni funkcjonariusze i umundurowani milicjanci. – Poszli do jednej z sal, a my za nimi. Wśród nich była kobieta. Pamiętam, to ona wyszła na krzesło, żeby ściągnąć krzyż ze ściany. Zabrałam jej krzesło i upadła – opowiada pani Stanisława Pabian, która broniła szkolnych krzyży, choć nie miała jeszcze własnych dzieci. A oprócz niej bardzo wiele łopońskich kobiet: Zofia Świgut, Zofia Janik, Janina Bodzioch, Anna Janik, Joanna Curyło, Joanna Król, Maria Pitek, Karolina Opioła, Anna Biel, Joanna Biel… Można by tak jeszcze długo wymieniać, bo – jak zauważa Marzena Warpechowska, nauczycielka zaangażowana w przywrócenie pamięci o tej historii – w Łoponiu nie było chyba domu, z którego ktoś by w obronie szkolnych krzyży nie stanął.


    Kopane i bite


    Z relacji Stanisławy Gancarz wynika, że kiedy milicjanci chcieli ściągnąć krzyże, kobiety wykrzykiwały: „Precz od Boga!” i prosiły, żeby zostawiono je w spokoju. – Były kopane i bite. Komuniści nie zwracali uwagi na to, czy kobiety były w ciąży, czy miały dzieci na rękach – wspomina. Nieżyjąca już Janina Biel, po mężu Krawczyk, opowiadała swoim bliskim, jak zaczęto pakować ludzi do wozu. Jej siostra schowała się w fosie, ale i tak ją znaleziono i zaczęto bić. Mama położyła się na niej, żeby osłonić ją własnym ciałem. Zabrano je obie na komisariat. Po tych wydarzeniach w szkole przez trzy dni modlono się na różańcu i śpiewano pieśni religijne.


    Trzeba bronić


    – Nie od razu zawieziono nas na komisariat. Do północy jeździli wszędzie po wsiach i zdejmowali krzyże, zabierali ludzi, nawet dużo starszych ode mnie. Dwie z kobiet miały ponad 80 lat – wraca do tamtych dni pani Stanisława. Pamięta, że zabierano nawet przypadkowe osoby, które znalazły się na ich drodze. – Kiedy byliśmy w Jurkowie, samochód zatrzymał się i zapakowano do niego kobietę, która przechodziła na drugą stronę drogi, by przekołkować krowę – opowiada. Aresztowano wtedy bardzo wielu ludzi, nie tylko z Łoponia, ale i innych miejscowości, w których ludzie sprzeciwiali się ściąganiu krzyży w szkołach. – Do aresztu dojechaliśmy dopiero na dwunastą w nocy. Siedzieliśmy w celach po 5–6 osób; były w nich łóżka piętrowe. Nikt z nami tego dnia już nie rozmawiał, przesłuchania zaczęły się później. Pytano nas, czy żałujemy tego, cośmy zrobili, a ja mówię: „Czego będziemy żałować! Trzeba krzyża bronić i świata całego!” – wspomina pani Stanisława, którą w areszcie przetrzymywano najdłużej. Innych wypuszczano zwykle po kilku dniach. – Kiedy mama trzy dni nie wracała do domu, pojechałyśmy z siostrą do Brzeska na komisariat. Płakałam i prosiłam, żeby uwolniono mamę. Udało się. Pamiętam to do dzisiaj bardzo wyraźnie. Była w połatanej spódnicy – mówi Barbara Malec.


    Represje, komitet, grzywna


    W związku z tymi wydarzeniami zawiązał się w Łoponiu Rodzicielski Komitet Protestacyjny. Rodzice przez dwa tygodnie nie pozwolili we wrześniu chodzić dzieciom do szkoły, za co obciążono ich karą pieniężną. – Szukano także innych form nacisku na rodziców – wspomina pan Michał Kumórek. Między innymi grożono jego siostrze, nauczycielce historii w szkole w Dębnie. Represjonowano panią Irenę Kumórek, ponieważ jej rodzice (Józef i Anna) oraz rodzeństwo (wspomniany wyżej pan Michał i siostra Janina) brali czynny udział w proteście. Naciskano, by skłoniła ich do zmiany stanowiska w kwestii oporu przeciw komunistom. – Chociaż grożono mojej siostrze, że przeniesiona zostanie do pracy we wschodniej części Polski, a nawet wyrzucona z pracy, nie uległa naciskom – zauważa pan Michał.


    Krzyże wieszano i ściągano


    Krzyże kilkakrotnie były przez ówczesne władze ściągane i na powrót przez matki zawieszane. Ich miejsce miały na stałe już zająć portrety działaczy komunistycznych – Cyrankiewicza i Rokosowskiego. – Później przyjeżdżali w nocy, kiedy ludzie spali. Ściągali krzyże, ale nie zabierali ich ze sobą. Chyba „niewidzialna ręka” ówczesnego kierownika szkoły Władysława Gawrońskiego wieszała je na powrót, bo rano już znowu krzyże wisiały – podejrzewa Barbara z Łoponia. W końcu postanowiono krzyż powiesić na zewnętrznej ścianie szkoły i tak wysoko, żeby go już nikt nie ściągnął. – Słyszałam, że w tym celu zbudowano specjalną drabinę – opowiada Marzena Warpechowska. W końcu w szkole, z której ówczesne władze chciały krzyż wyrzucić, krzyży nazbierało się więcej, niż było trzeba.


    Dwa z wielu


    Do dziś zachowały się dwa. Jeden z nich znajduje się w łopońskiej kaplicy. – Jego drewniana część musiała zostać odnowiona, natomiast wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa pozostał niezmieniony – wyjaśnia Marzena Warpechowska. Drugi krzyż przechowywała Maria Kurek. – W 1983 r. rozpoczęłam pracę w łopońskiej szkole. W szufladzie biurka znalazłam krzyż. Pamiętałam historię z lat 50. i pomyślałam, że to może być ten krzyż, o który walczyły nasze matki, kiedy chodziłam do szkoły. Uznałam, że nie jest to godne dla niego miejsce, więc zabrałam go do domu i powiesiłam na ścianie – mówi pani Maria. Trzy lata temu przyniosła go z powrotem do szkoły. Według pani Marii jego miejsce jest tam, gdzie wisiał przed laty.


    Prawnuki pamiętają


    
W tym roku mija 60 lat od tamtych wydarzeń. Kilka lat temu historię z lat 50. ocalili od zapomnienia obecni uczniowie szkoły. Akcję zainicjowała polonistka Marzena Warpechowska. – Uczniowie chętnie podjęli się pracy miejscowych reporterów. Z wypiekami na twarzy opowiadali mi o swoich spotkaniach ze starszymi mieszkańcami Łoponia pamiętającymi czasy walki o krzyże. Skrzętnie notowali i nagrywali wspomnienia, a wcześniej przygotowywali się do tych spotkań – mówi polonistka. Pod koniec ubiegłego roku w szkole w Łoponiu zorganizowała spotkanie z naocznymi świadkami tych wydarzeń. Wzięli w nim udział także uczniowie, którzy później ilustrowali usłyszaną historię. 8-letni Hubert Bodzioch mówił o niej, że jest bardzo ciekawa. – Nauka historii rzeczywiście może być ciekawa, pod warunkiem jednak, że nie ograniczy się do szkolnych lekcji, wkuwania dat, faktów i nazwisk. Tym, którzy stanęli w obronie krzyża, a byli to zwykle pradziadkowie obecnych uczniów, należy się podziw, a przede wszystkim żywa pamięć ze strony następnych pokoleń – zauważa Marzena Warpechowska.
•


    Walka o zachowanie tożsamości


    Marzena Warpechowska, polonistka i inicjatorka zachowania pamięci o wydarzeniach z lat 50. w łopońskiej szkole
– Pierwsze lata w powojennej Polsce nie wskazywały na to, że nowa władza będzie walczyć z Kościołem. Sytuacja zmieniła się w 1947 roku, kiedy Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego postawiło sobie zadanie, by tę walkę podjąć, czyniąc z niej priorytet swoich działań. Wraz z nastaniem stalinizmu, pod koniec 1948 roku z inicjatywy Bolesława Bieruta i Aleksandra Zawadzkiego, ale także całego kierownictwa partii, na mocy różnych rozporządzeń usuwano krzyże ze szkół, szpitali oraz innych obiektów użyteczności publicznej. Przeważnie robiono to podczas wakacji bądź przy okazji remontu sal szkolnych. Na terenie szkół w ciągu 45 lat istnienia PRL dwukrotnie doszło do wydarzeń zwanych wojną o krzyże: w latach 50. i 80. Prymas Wyszyński po spotkaniu z Władysławem Gomułką w 1958 roku zanotował, że I sekretarza PZPR najbardziej irytowało zawieszanie krzyży. W PRL domaganie się zawieszenia krzyża stanowiło akt odwagi, gdyż było równoznaczne z kwestionowaniem zasady świeckości państwa, czyli zaplanowanej ateizacji społeczeństwa. Jednak znaleźli się ludzie, którzy nie bacząc na konsekwencje, dawali wyraz przywiązania do wiary. Zawieszali krzyże na ścianach instytucji publicznych albo czynnie protestowali przeciwko ich zdejmowaniu. Wiedzieli, że była to wynikająca z patriotyzmu walka o zachowanie tożsamości. Świadomi byli niemożności oddzielenia historii Polski od historii Kościoła.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół