• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Jeden z wielkich

    Grzegorz Brożek

    |

    Gość Tarnowski 02/2017

    dodane 12.01.2017 00:00

    Świat musi w końcu stać się dobry, jeżeli są  na nim tacy ludzie jak on – pisał Efraim Reich o tym, który uratował w czasie wojny całą jego rodzinę.

    Warto zainteresować się Aleksandrem i Leokadią Mikołajkowami z Dębicy – radzi dr Mateusz Szpytma, wiceprezes IPN, twórca Muzeum Polaków ratujących Żydów w Markowej. Wielu uważa, że to, co zrobili, to jedna z bardziej fascynujących lokalnych opowieści z czasów okupacji. W Dębicy przed wojną mieszkało 2100 Żydów. Stanowili około 20 proc. mieszkańców. Jak na ówczesne czasy – niedużo.

    W Dębicy mieszkał pradziadek znanej aktorki Natalie Portmnan, którego rodzina była z Góry Motycznej. On miał zaś piekarnię w Dębicy. Znanych Żydów z regionu było wielu. Choćby Artur Miller, słynny pisarz, późniejszy mąż Marilyn Monroe, pochodził z Radomyśla Wielkiego. Babcia Stevena Spielberga również. A Bernie Anders, kandydat w ostatnich prawyborach prezydenckich w USA? Ze Słopnic. Wróćmy jednak do Dębicy. Mikołajkowowie przyjechali tu w 1930 roku. On objął stanowisko lekarza powiatowego. Ona była pielęgniarką. Zamieszkali w domu przy Kościuszki 248. Dziś budynku nie ma. Na jego miejscu znajduje się skwer noszący od 2006 r. imię Mikołajkowów. – Po utworzeniu getta w 1941 r. doktor Aleksander Mikołajków zatrudnił w charakterze gońca-pomocnika młodego chłopaka Efraima Reicha. W ten sposób chłopak mógł przynajmniej na pewien czas uniknąć przymusowego pobytu w dębickim getcie – opowiada Jacek Dymitrowski, dyrektor Muzeum Regionalnego w Dębicy. Reichowie parę razy chowali się u Mikołajkowów, kiedy w gettcie przeprowadzane były akcje likwidacyjne. Kiedy zaś w grudniu 1942 r. Niemcy zdecydowali o likwidacji getta, czyli o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”, Mikołajków ostrzegł o tym Reichów i przyjął pod swój dach rodzinę liczącą 13 osób.

    Dwie zasłony

    Skala pomocy udzielonej przez jedną rodzinę budzi ogromne wrażenie i szacunek. Okoliczności zaś są zaskakujące. – Dom Mikołajkowów sąsiadował z siedzibą dębickiego gestapo. To było parę metrów. – informuje Jacek Dymitrowski. Tę historię opisuje także Władysław Bartoszewski w książce „Ten jest z ojczyzny mojej”. O Mikołajkowach pisze również w książeczce im poświęconej Zbigniew Szurek. Wszędzie powtarza się prawdziwość stwierdzenia, że najciemniej jest pod latarnią. Z drugiej strony trudno wyobrazić sobie stan napięcia, który towarzyszył gospodarzom przez 21 miesięcy, w czasie których ukrywali całą rodzinę. Każdy szmer, szelest, pukanie do drzwi, czyjeś wścibskie oczy mogły oznaczać zagładę Reichów i Mikołajkowów. Żydzi „mieszkali” trochę w garażu, trochę na strychu, trochę w piwnicy. Raz wydawało się, że właśnie wybiła ostatnia godzina ich życia, kiedy do drzwi zapukało gestapo. – Kazali sobie pokazać garaż, z którego gospodarze dzień wcześniej przenieśli Reichów na strych. Mogło się jednak wydawać, że zaczyna się rewizja. Tymczasem gestapowcy po obejrzeniu pomieszczenia zdecydowali się wynająć go, żeby trzymać w nim samochód – opowiada Dymitrowski. A wydawało się, że to już koniec. Komplikacją była gosposia Mikołajkowów, która – jak mówi dyrektor Dymitrowski – nigdy nie kryła swoich antysemickich poglądów. Stanowiła potencjalne niebezpieczeństwo dla Reichów, ale zagrożenie to zostało wkalkulowane i oswojone przez rodzinę doktora. – Zwolnienie gosposi mogłoby bowiem prowokować pytania o powody. Z drugiej strony postać gosposi mogła stanowić zasłonę dymną, podobnie jak działanie pod bokiem gestapo. Skoro znane były przekonania gosposi, to nikt nie uwierzyłby i nie pomyślał, że tam mogą kryć się Żydzi – dodaje Jacek Dymitrowski.

    Stróże tajemnicy

    Innym aspektem tej historii jest życie 13-osobowej rodziny uciekinierów z getta w domu Mikołajkowów przez 21 miesięcy. Musieli w tym czasie jeść, załatwiać potrzeby. Dyrektor Dymitrowski szacuje, że – wiedząc o tym lub nie znając szczegółów – pomagało w tym doktorostwu kilkanaście osób. Oni także narażali życie. Wiedział na pewno Sadowski, przedwojenny dyrektor liceum, w czasie okupacji wiceszef Rady Głównej Opiekuńczej, w której był zastępcą księżnej Jabłonowskiej. Problemem było reglamentowane pożywienie, a u Mikołajkowów trzeba było wyżywić dodatkowych 13 osób. Sadowski z piekarzem Roztoczańskim mieli jakiś układ. Pewnie trochę manipulowali gramaturą chleba, żeby starczyło dla większej liczny osób. Roztoczański nie musiał znać szczegółów, ale Sadowski wiedział o Żydach na pewno. Liceum było zajęte przez wojsko, ale obok była siedziba RGO, gdzie przygotowywano paczki dla jeńców polskich. – Nie wierzę, że i przy tych paczkach nie „urwali” czegoś na Reichów i Mikołajkowów. Szczegółów nie musieli znać, ale takie działania musiały być przeprowadzone – dodaje. Kilka osób z pełną wiedzą, kilkanaście z podejrzeniami, że pomoc kierowana jest dla ukrywających się. Wystarczyło, żeby jedna osoba nie wytrzymała, powiedziała pół słowa za dużo, a gestapo, idąc tym tropem, trafiłoby do doktora. Nikt nie sypnął. To także bohaterowie tej historii.

    Cadillac z napędem

    Paradoksalnie dzień wyzwolenia Dębicy, który był końcem ukrywania się Reichów i dniem ich ocalenia, stał się dniem śmierci ich dobroczyńcy. Aleksander Mikołajków, który był w strukturach Armii Krajowej, udawał się na Kałużówkę, gdzie trwały walki. Zatrzymał się w Braciejowej pod domem Pietruchy. Tam znalazła go śmierć. Został trafiony prosto w serce odłamkiem pocisku ostrzeliwujących się Rosjan i Niemców. Zginął w ułamku sekundy. Zostawił żonę Leokadię i dwóch synów. Reichowie ocaleli i wyemigrowali. Efraim, który na początku tej historii miał 13 lat i był ponoć chłopakiem zadziornym, w piwnicy Mikołajkowów przeżył duchowe i religijne nawrócenie. Nie został chrześcijaninem, ale stał się głęboko wierzącym Żydem. W Stanach Zjednoczonych, na Brooklynie, został nawet rabinem. Długie lata po wojnie starał się ściągnąć do Nowego Jorku wdowę Leokadię Mikołajków, ale władze USA odmawiały jej prawa wjazdu. Kiedy wreszcie je otrzymała i przyjechała do Stanów Zjednoczonych, Żydzi na Brooklynie urządzili paradę. Zamknęli ruch na głównej ulicy. Leokadię posadzili w otwartym cadillacu, a sami zaprzęgli się do niego pasami i ciągnęli samochód, pozwalając żonie doktora odbierać należne jej hołdy.

    Myślę o nim

    Okupowana Polska była jednym z niewielu rejonów ogarniętej wojną Europy, w którym za najmniejszą pomoc udzieloną Żydom okupant bezwarunkowo karał śmiercią. We Francji za to samo można było zostać ukaranym grzywną w wysokości jednej dniówki. Czyny Mikołajkowów (i tysięcy innych rodzin) były zatem heroizmem najwyższej próby. Dlaczego ludzie podejmowali takie ryzyko? – Na pewno zawsze znaczenie miało wychowanie w domu, wyznawane wartości, umiejętność życia według nich. W przypadku Mikołajkowów dużo wniósł etos lekarza, przysięga Hipokratesa, ratowanie życia ludzkiego za wszelka cenę. Przysięgał to i słowa dotrzymał. To jest piękne – przyznaje dyrektor Dymitrowski. Efraim Reich w 1960 r. na łamach „New York Post” pisał o Aleksandrze Mikołajkowie. „Każdego roku w dniu jego śmierci myślę o nim. Wierzę w życie pozagrobowe. Myślę, że jest tam jednym z wielkich. Świat musi w końcu stać się dobry, jeżeli są na nim tacy ludzie jak on” – pisał ocalony przez polskiego lekarza.

    Epilog

    Smutny w historii Reicha jest jej epilog. Zaskakująca jest reakcja wnuczki Efraima. Zwraca na nią uwagę bloger Mesko. – Myślę, że gdybym stanęła na polskiej ziemi, czułabym, jak krew chlupie mi w butach. W większości przypadków Polacy siedzieli sobie, patrzyli na dymy Oświęcimia, wdychali ich zapach, wiedzieli, że ludzie umierają i zupełnie nie reagowali. Więc nawet teraz, po wojnie, kiedy ludzie postrzegają Polaków jako tych, którzy pomagali Niemcom w mordowaniu dzieci, matek, mężczyzn, rodzin, to mnie się wydaje, że Polacy sobie na to zasłużyli – mówiła Gitel Reich w filmie „Druga prawda”. – Przedstawia przede wszystkim fakty i oceny przeczące tezom Gitel – pisze o filmie Mesko. Wnuczka Efraima jakby przeczy własnemu doświadczeniu. – Większą siłę przebicia mają postawy reprezentowane przez Grossa czy Gitel Reich, a nie tych Żydów, którzy obiektywnie oceniają czasy niemieckiej okupacji w Polsce – dodaje. Być może dlatego, że sami za mało wiemy i mówimy o bohaterstwie Polaków w czasie wojny?

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół