Nowy numer 48/2020 Archiwum

Do ostatniej kropli życia

Hospicjum. Do dziś wielu ludzi, mówiąc „hospicjum”, myśli „umieralnia”. Śmierć, owszem, jest tu zjawiskiem powszechnym, ale ci, którzy odchodzą, zaczynają nowe życie. Każdego dnia też Jezus się rodzi w sercach ludzi.

Tarnowskie Hospicjum Domowe im. bł. Fryderyka Ozanama ma 11 lat. Maria Sobol zawsze chciała pracować z dziećmi, ale zaangażowała się w pomoc chorym. Od kilku lat każdego tygodnia jedną „dniówkę” spędza u podopiecznego. – Chory potrzebuje różnych rzeczy: aby potrzymać go za rękę, wysłuchać, poczytać mu. Wielu chce, żeby się z nimi modlić – opowiada. Wanda, jedna z podopiecznych, znajdująca się już w terminalnym stanie choroby nowotworowej, mająca niewiele czasu przed sobą, modlić się nie chciała. Kwestia przekonań. Na delikatne zachęty, subtelne podpowiedzi ze strony Marii reagowała złością. Coś tam się w sercu jednak działo. – Po długim czasie powiedziała, że chce się modlić, ale do Matki Bożej. Pomyślałam, że Ona nie wypuści jej z rąk i poprowadzi do Syna. Pewnego dnia stan chorej się pogorszył i zabrali ją do szpitala. Pojechałam na drugi dzień. Kiedy miałam okazję zamienić z Wandą kilka zdań, usłyszałam: „Pani Mario, dostałam za pokutę litanię do Matki Bożej. Pomoże mi pani odmówić?”. Byłam w tamtej chwili najszczęśliwszą osobą na ziemi – opowiada Maria Sobol. Wanda zmarła 3 dni później.

Ksiądz z konfesjonału

To nie jest odosobniony przypadek. Michalina Morawicka dziś dyżuruje w biurze hospicjum przy tarnowskim kościele księży misjonarzy. Po śmierci męża zgłosiła się do pracy. Przez wiele lat pomagała przy łóżkach chorych. – Dziś już wiek nie za bardzo na to mi pozwala – uśmiecha się pani Michalina. Jednak swoje przeżyła. – Miałam podobnie jak Marysia. Pani, którą opiekowałam się wspólnie z koleżanką, nie chciała o Bogu w ogóle słyszeć. Jedyna metafizyka, na jaką sobie pozwoliła, to uważanie nas, wolontariuszy, za aniołów. Tyle. Chora na raka męczyła się bardzo i nie mogła umrzeć. Pamiętam, że dyżur miała przy niej wówczas Marta. Kiedy chora zaczęła się „łamać”, coś mówić o spowiedzi, dopuszczać do siebie możliwość pojednania z Bogiem, Marta wyskoczyła z mieszkania jak z procy, popędziła do katedry, wyciągnęła księdza z konfesjonału i pojechała z nim do mieszkania naszej podopiecznej – opowiada M. Morawicka. Chora na drugi dzień odeszła w spokoju.

Każdemu według potrzeb

Po powrocie chorego ze szpitala do domu, na prośbę rodziny, pierwsza w domu pojawia się koordynatorka s. Zofia Krasuska. Ustala zakres potrzebnej pomocy. Jeśli to konieczne, do chorego chodzą wolontariusze medyczni. Jeśli rodzinę trzeba nauczyć pielęgnacji, to przychodzą wolontariusze niemedyczni. – Szanujemy wolę chorych i rodziny. Robimy to, czego od nas oczekują. Zatem uczymy pielęgnacji, troski o higienę chorego, pokazujemy, jak posługiwać się ssakiem czy aparatem tlenowym. Wreszcie, jeżeli to potrzebne, podejmujemy dyżury przy łóżku – dodaje Janina Rachlewicz. Obecnie pod opieką wolontariuszy jest 30 osób. Ale łącznie z różnych form pomocy korzysta teraz 300 mieszkańców miasta i okolic. Wiele osób, odbierając bliskich ze szpitala, nie potrzebuje ciągłej pomocy. Ich zmartwieniem jest zorganizowanie np. łóżka i materaca. – Mamy bezpłatną wypożyczalnię. Sto łóżek medycznych i mnóstwo innego sprzętu jest cały czas u pacjentów – informuje Edward Szafarz, który zajmuje się magazynem.

Krowa w kapuście

Na początku grudnia Stanisława Czupryńska z Tarnowa-Mościc obchodziła 101. urodziny. Od półtora roku odwiedza ją tarnowskie hospicjum, bo rak nie miał poszanowania dla jej wieku i przyplątał się tak późno. Pani Stasia nie traci pogody ducha. – Ostatnio śni mi się, że krowa sąsiada wyjada mi kapustę na działce – uśmiecha się, leżąc na łóżku, z którego od dłuższego czasu prawie wcale nie wstaje. Na działkę już nie chodzi. – No i sąsiad nigdy nie miał krowy – dodaje. Z hospicjum zaglądają do niej dwa razy w tygodniu. Najpierw przychodziła pani Zosia. Od jakiegoś czasu pani Grażyna. – Rozmawiamy o sprawach religijnych i prywatnych. Ja o swoich, pani Grażynka mi opowiada o swoich. Sama może by nie chciała, ale ja wypytuję. Jak godzina 15.00, to odmawiamy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ja za głośno nie mogę, w młodym wieku miałam gruźlicę płuc, więc do końca próbuję te płuca szanować, ale pani Grażynka mówi modlitwę. Wiele przetrwałam w życiu, aż złożył mnie nowotwór. Ludzie z hospicjum są naprawdę bardzo pomocni, bardzo. Jak przychodzą, to mi się zawsze ulży, zawsze mi lepiej. Życie we mnie wraca – dodaje pani Stanisława.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama