Nowy numer 2/2021 Archiwum

Bóg chce, bym Polsce pomagała

Takiej jej nie znamy. Urszula Ledóchowska ma niemały wkład w „zmartwychwstaniu” Polski. Zdaje się, że i dzięki niej Reymont dostał Nobla.

Urodziła się w Austrii 17 kwietnia 1865 roku. Po matce odziedziczyła mieszankę krwi szwajcarsko-niemiecko-rosyjskiej, po ojcu krew polską. Gorące dla Polski było też jej serce. Dowiodła tego najmocniej podczas przymusowej emigracji do Skandynawii w 1914 r., ale i potem, kiedy będąc już w „wolnej, zmartwychwstałej Polsce”, przekonywała kobiety, że przyszłość narodu nie tyle w rękach polityków, ile w rękach matek spoczywa.

Serce po ojcu

Święta s. Urszula Ledóchowska, a właściwie Julia Maria Halka-Ledóchowska z Leduchowa herbu Szaława, była jednym z dziewięciorga dzieci Antoniego Augusta Ledóchowskiego, rotmistrza huzarów i szambelana cesarskiego, wnuczką gen. Ignacego Ledóchowskiego, siostrą bł. Marii Teresy i Włodzimierza, przełożonego generalnego jezuitów. Długo można by wyliczać jej szlacheckie koligacje, które łączyły ją chociażby z prymasem Polski kard. Mieczysławem Ledóchowskim. Polski uczyła się od swego ojca, a doświadczyć jej mogła, kiedy mając 18 lat, wraz z rodzicami i rodzeństwem zamieszkała w Lipnicy Murowanej. Ojciec tęsknił za polskością i chciał, by jego dzieci wychowywały się w jej atmosferze. Trzy lata później wstąpiła do klasztoru urszulanek w Krakowie, którego później została przełożoną. W 1907 r. z dwiema siostrami wyjechała do Petersburga, by tam za zgodą papieża w konspiracji i świeckim stroju prowadzić działalność. W 1914 r. otrzymała od władz carskich nakaz opuszczenia Rosji. Jako miejsce emigracji wybrała Szwecję. W zaledwie 11 miesięcy nauczyła się szwedzkiego, nawiązując pierwsze znajomości wśród tamtejszej inteligencji. Wykorzystała ten czas na działanie w polskiej sprawie.

Jałmużnica i Nobel

W marcu 1915 r. podjęła współpracę z Generalnym Komitetem Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, założonym m.in. przez Henryka Sienkiewicza w szwajcarskim Vevey. Od kwietnia do grudnia w Szwecji, Danii i Norwegii wygłosiła ok. 80 konferencji w sześciu językach: francuskim, niemieckim, angielskim, szwedzkim, duńskim i norweskim, zbierając fundusze dla cierpiących z powodu wojny, ale też zjednując opinię publiczną dla kwestii niepodległości Polski. Szeroko opisywano w tamtejszej prasie jej działalność, a ona sama cieszyła się, relacjonując w sprawozdaniach: „Publiczność dystyngowana. Ofiarność wielka. Recenzje wspaniałe”. Serce jej się radowało, kiedy po jednym z odczytów w Szwecji ludzie krzyczeli: „Niech żyje Polska!”. Po jej konferencjach powstawały lokalne komitety pomocy Polsce. Zdobywała skandynawskie serca i grosz dla Polski. W kwietniu 1916 r. z Danii do Krakowa i Warszawy dotarło 14 wagonów mleka skondensowanego i mąki. „Nie straciliśmy nadziei. Bóg nas uczynił narodem i narodem zostaniemy” – przekonywała Ledóchowska podczas jednego ze spotkań. „Poślijcie nas do miast amerykańskich lub na pustynię Sahara, a przekonacie się, że zawsze będziemy kochać Polskę, pełni otuchy, że idziemy na spotkanie wolności”. W celu promocji kultury i historii polskiej w Skandynawii jej staraniem w 1917 r. w Sztokholmie wydano „Polonica” – książkę, w której zamieszczone zostały rozprawy cenionych duńskich, szwedzkich i norweskich autorów poświęcenia m.in. Matejce, Chopinowi, Kościuszce, królowej Jadwidze, powstaniu styczniowemu, Mickiewiczowi. Jedna z rozpraw opisywała „Chłopów” Reymonta i zdaniem badaczy, artykuł ten przyczynił się do sławy polskiego pisarza w Szwecji i przyznania mu 7 lat później Nagrody Nobla.

Po „zmartwych-wstaniu”

Będąc już w wolnej, „zmartwychwstałej” – jak mówiła – Polsce, zajęła się dokładaniem cegiełek w odbudowę kraju, uważając, że „Polak z natury jest bohaterem, ale bohaterem lubującym się w rozgłosie, sławie. (...) A tu trzeba cichej pracy”. „Wiemy, że przyszłość narodu nie tyle w rękach naszych polityków, ile w ręku matek spoczywa. Na kolanach świętej matki wychowują się świętobliwi kapłani, dzielni urzędnicy państwowi, bohaterscy obrońcy Ojczyzny” – mówiła w 1926 roku. Szukała wśród młodych dziewcząt „ideowych pomocnic”, które poświęciłyby rok, dwa lub trzy ze swego życia na pracę w ochronkach i szkołach prowadzonych przez urszulanki, dając początek wolontariatu. „Nauczą się systematyczności, porządku, punktualności (...). A w dodatku (...) jestem gotowa męża dla nich szukać” – obiecywała, żeby ktoś nie pomyślał, że chce łapać powołania zakonne. Pomysłowości towarzyszyła niesamowita energia, którą porywała innych do współpracy. O tym, jak wiele dziś Polacy i Europejczycy mogliby się od Urszuli Ledóchowskiej nauczyć, można wyczytać z jej biografii pióra specjalistki od historii szarych urszulanek s. Małgorzaty Krupeckiej USJK.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama