Nowy Numer 43/2021 Archiwum

Nie wierzyłam, że Bóg mi przebaczył

Jej historia jest świadectwem tego, jak wielkim dramatem jest zabójstwo nienarodzonego, niechcianego dziecka dla matki, ojca i całej rodziny.

Swoją historię Sylwia Rucińska opowiedziała przed Dróżkami Maryjnymi rozpoczynającymi tygodniowy odpust w sanktuarium w Zawadzie. W ciążę zaszła w 19. roku życia. Była owocem wielkiej miłości.

Krew na rękach

– Wychowana byłam w katolickiej rodzinie, sama należałam do wspólnoty, chodziłam do kościoła, kochałam Jezusa całym moim sercem, ale wiadomość o dziecku zawaliła mój świat, wszystkie plany o studiach, pierwszej pracy, marzenia. Byłam przerażona. Zdecydowałam się na aborcję. Sama to zaproponowałam, ale ojciec dziecka nie powiedział: „Sylwia, kocham cię, nie bój się, będę z tobą, założymy rodzinę, będzie dobrze”. Gdyby to zrobił, pewnie nie zdecydowałabym się na aborcję. W dniu zabiegu czekałam nawet, że zdarzy się coś, co zmieni bieg wydarzeń, że ktoś przyjdzie, poda rękę i powie: „Nie rób tego”. Ale tak się nie stało – wspomina Sylwia. Po zabiegu poczuła ulgę, nie z powodu zabicia dziecka, ale dlatego, że skończy się w głowie gonitwa myśli. – Dwa dni po zabiciu dziecka zaczęło do mnie dochodzić, co zrobiłam. Czułam krew na rękach, pojawiły się koszmary senne, w których widziałam moje dziecko, więc przestałam sypiać, przestałam jadać, leki uspokajające nie działały – opowiada. Po kilku miesiącach trafiła na terapię psychologiczną. Bardzo pomogła. – Ale psycholog nie mogła wyleczyć rany na sercu, na duszy. Aborcja zabiła nie tylko nienarodzone dziecko, ale również moją kobiecość, empatię. Miałam zerowe poczucie własnej wartości, więc nie mogłam budować zdrowych relacji. Aborcja zabiła mój związek, moje więzy rodzinne, bo mój brat nie mógł uwierzyć w to, co zrobiłam, i odwrócił się ode mnie. Po roku musiałam się rozstać z ojcem dziecka, bo u niego pojawił się także syndrom poaborcyjny, stał się agresywny, miał problemy z alkoholem – mówi. Ten stan trwał latami. Była pustka w sercu.

Błogosławieni smutni

W którymś momencie poczuła potrzebę pójścia do spowiedzi. Otrzymała rozgrzeszenie, ale nie dowierzała Bożemu miłosierdziu. – Zaczęłam jednak wracać powoli do modlitwy, pojechałam na rekolekcje, ale nadal nie wierzyłam, że Bóg mi, morderczyni, mógł przebaczyć. Wyjechałam za granicę. Po pracy czytałam Pismo Święte i kiedy trafiłam na zdanie z Kazania na Górze, „Błogosławieni smutni, albowiem oni będę pocieszeni”, wiedziałam, że to jest do mnie. Wróciłam do Polski. Płakałam i tęskniłam za Bogiem. Pojechałam do Częstochowy na Mszę św. z modlitwą o uzdrowienie. Tam Bóg wlał w moje serce radość i miłość. Uczucie nie do opisania. Zaczęło się zmieniać. Nie rozstawałam się z różańcem, potem sięgnęłam po Nowennę Pompejańską. I jednej nocy wszystko wypłakałam. Rano czułam się fizycznie jakbym wyszła z okopów wojennych, ale w sercu byłam inną kobietą. Matka Boża weszła w tę moją ranę, otworzyła ją, by Bóg mógł ją wyleczyć – opowiada Sylwia. Dziś poznaje nowych ludzi, jest uśmiechnięta, radosna. Zakłada fundację, która będzie wspierać kobiety i całe rodziny po grzechu aborcji.

– Chcemy, by uzdrowienie przychodziło przez Boga, bo tylko tak można uleczyć serce. Zachęcam też do duchowej adopcji dziecka nienarodzonego – zaprasza Sylwia. Przed kościołem na jeden dzień stanął dzwon „Głos nienarodzonych”. – Parę lat temu przeczytałem, że na świecie co roku 42 mln dzieci ginie w wyniku aborcji. Poruszyła mnie ta informacja. Dlatego zrealizowaliśmy ideę dzwonu „Głos nienarodzonych”, który dziś peregrynuje po całej Polsce – mówi Bogdan Romaniuk z nieodległej Kolbuszowej, strażnik dzwonu, wiceprezes Fundacji „Życiu tak” im. Niepokalanego Poczęcia NMP w Rzeszowie. Dzwon poświęcił rok temu papież Franciszek. – Mówił, że każdy pielgrzym, przechodzień może uderzyć w ten dzwon, a wydobyty dźwięk będzie symbolicznym głosem tych, którzy nie mogą powiedzieć, że chcą żyć. Dziś zachęcamy, by ci, którzy opowiadają się za życiem, w ten dzwon uderzyli. Modlimy się i będziemy się modlić w tym sanktuarium za nienarodzonych – mówi ks. Józef Książek, kustosz zawadzkiego sanktuarium. Dzieci bowiem odchodzą po cichu. Trzeba o tym mówić głośno.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama