• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Maksymilianowi nie dorastam do pięt

    dodane 05.12.2013 00:00

    O odkryciu Rycerstwa w Chicago, pracy dla Matki Bożej i jej ciągłej opiece z Leszkiem Jaworskim, jedynym animatorem na Polskę, rozmawia Joanna Sadowska.

    Joanna Sadowska: W Mielcu, podczas niedawnych uroczystości jubileuszowych Rycerstwa Niepokalanej, o. Stanisław Maria Piętka z Niepokalanowa dziękował Panu za coniedzielne wyjazdy do różnych parafii i dawanie świadectwa o Rycerstwie od ponad 20 lat.

    Leszek Jaworski: Właśnie zaczął się 23. rok. Wyjeżdżam w każdą niedzielę, do końca stycznia przyszłego roku mam już wszystkie zajęte. Księża albo sami mnie zapraszają, albo ja proszę o spotkanie i najpierw jadę na rozmowę z nimi, a potem przyjeżdżam jeszcze raz do parafii i przez całą niedzielę opowiadam o naszym stowarzyszeniu. Chyba trafiam do serc, bo po każdej Mszy św. zgłaszają się osoby chcące zapisać się do Rycerstwa. Przez te lata przejechałem dla Matki Bożej ponad milion kilometrów i zapisałem do Rycerstwa prawie 300 tys. osób, z czego 237 tys. w naszej diecezji. Byłem bardzo wzruszony, gdy jednej niedzieli, w Mielcu, dołączyło do nas 4 tys. osób.

    Takie cotygodniowe wyjazdy nie dezorganizują życia rodzinnego? Żona się nie denerwuje?

    Żona też jest w Rycerstwie. Przemianę zacząłem najpierw od siebie, potem do Rycerstwa wciągnąłem swoją rodzinę, a dopiero potem Niepokalana pchnęła mnie dalej. Ja Niepokalanej oddałem wszystko, nie tylko niedziele, bo teraz, jak jadę daleko w Polskę, to wyjeżdżam w sobotę, a wracam w poniedziałek. A po powrocie zabieram się za segregację deklaracji, których najczęściej jest od 500 do 600. Wszystkie zapisane osoby wpisuję do moich zeszytów A4, których jest już 64. Potem osoby te wpisywane są do wieczystej księgi Rycerstwa. Na to porządkowanie schodzi mi reszta tygodnia.

    Zapatrzył się Pan w Niepokalaną?

    I to bardzo, tak jak św. Maksymilian, choć jemu nawet nie dorastam do pięt. Jest dla mnie wielkim wzorem i przewodnikiem. Co ciekawe, o Rycerstwie dowiedziałem się, mając 45 lat i to podczas pobytu w Chicago, gdzie pojechałem pochować szwagra. Tam też wstąpiłem w szeregi Rycerstwa. Po powrocie do Polski Matka Boża nie dawała mi spokoju. Razem z żoną pojechaliśmy do Częstochowy i pamięta, i powiedziałem: „Matko Najświętsza, to jest Twoje Rycerstwo. Ja nie wiem, co mam dalej robić, rób ze mną, co chcesz”. I od tego się zaczęło. Najpierw powstało Rycerstwo w parafii katedralnej w Tarnowie, potem poszedłem na rozmowę do biskupa, aby prosić o błogosławieństwo i zgodę na jeżdżenie po diecezji i mówienie o Rycerstwie. W tym samym czasie, gdy angażowałem się w stowarzyszenie, ze względu na stan zdrowia musiałem przejść na rentę. Pamiętam kontrolną wizytę u lekarki i jej słowa „co się z panem stało”. Pomyślałem wtedy, że wyniki są tak złe, że już po mnie. A tu nagle okazuje się, że jest poprawa. Wiedziałem, że sprawiła to Matka Boża, bo zostałem Jej rycerzem. Usłyszałem wtedy: „Do pracy pana nie puszczę, ale dla Maryi niech pan pracuje”. I tego się trzymam.

    Doświadcza Pan Jej obecności?

    Cały czas. Jeśli na przykład staje mi samochód na drodze, ja wychodzę, podnoszę maskę, ale że się na tym nie znam, to zamykam i wracam do samochodu. Przekręcam kluczyki, a samochód zapala i jadę dalej. Ujeżdżam 500, 600 metrów i widzę wypadek, i wiem, że mogło mnie to spotkać. Ludzie też dzielą się ze mną swoimi świadectwami. Opowiadają o łaskach wyproszonych za wstawiennictwem cudownego medalika, ocaleniach z wypadku. Pamiętam też kilka osób, które do Rycerstwa przystąpiły jeszcze za św. Maksymiliana. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół